Jak informuje Onet.pl
Przewodniczący Papieskiej Rady Kultury arcybiskup Gianfranco Ravasi powiedział, że teoria ewolucji "nie jest nie do pogodzenia a priori z nauczaniem Kościoła katolickiego, z przesłaniem Biblii i teologią".
- W istocie nigdy nie została potępiona - oświadczył abp Ravasi na konferencji prasowej w Watykanie.
Watykański dostojnik zapowiedział, że w marcu przyszłego roku Stolica Apostolska zorganizuje międzynarodowy kongres na temat pochodzenia gatunków, który umożliwi dialog na temat "interpretacji rzeczywistości" z rożnych punktów widzenia.
________________________
Kościół Anglikański (jego liberalne skrzydło) już przeprosił Karola Darwina.
Jak widać Kościół Rzymskokatolicki nie ma za co przepraszać, gdyż rzekomo nigdy nie kwestionował teorii ewolucji.
Nasz Kościół również nie zamierza pana Darwina przepraszać. Nigdy teorii ewolucji nie akceptowaliśmy, a Biblia od dwóch tysięcy lat się nie zmieniła.
Jak pozostałe Kościoły? Przeproszą czy nie przeproszą? :)
piątek, 26 września 2008
czwartek, 25 września 2008
Czy rzymskokatolicki chrzest jest ważny? - Paweł Bartosik
W dyskusji o ważności chrztu powinniśmy rozdzielić jego ważne sprawowanie i od jego sprawowania niegodnego. Chrzest niegodnie sprawowany to chrzest, który nie powinien być udzielany, biorąc pod uwagę jego biblijne kryteria i warunki. Przykładowo, rodzice przynależący do Kościoła Katolickiego, lecz jednocześnie zupełnie obojętni wobec Chrystusa, postanawiają ochrzcić swoje niemowlę ze względu na tradycję rodzinną lub presję otoczenia. Dla rzymskokatolickiego księdza niewiara lub obojętność rodziców na Boże Słowo nie stanowią problemu w udzieleniu chrztu (wystarczy, że został im udzielony tzw. sakramentalny ślub). Chrzest dziecka, które przynoszą tacy rodzice do kapłana jest chrztem niegodnie udzielonym.
W rzeczywistości (wg biblijnych kryteriów) nie powinien być udzielany. Jednakże jeśli kapłan dokonuje obrzędu chrztu w imię Trójjedynego Boga w murach rzymskokatolickeogo kościoła, to chrzest ma miejsce! Podobnie kiedy Izraelski rodzic obrzezywał w Starym Przymierzu swojego syna wyłącznie ze względu na tradycję (”Jestem Żydem, więc wypada bym zachował tradycję ojców”) – nie zmieniało to faktu, że obrzezanie się dokonało! Mimo iż niegodnie – to jednak było ono obiektywnie ważne! Wystarczyło obejrzeć napletek obrzezywanego chłopca i wspomnieć słowa oraz czynności wykonywanego obrzędu.
Dziś co prawda chrzest nie pozostawia stałego znaku na głowie chrzczonego (w wielu przypadkach jest to powód dla którego niektóre kościoły „powtarzają” chrzest – przynajmniej chrzczony może go zapamiętać!) – jednak zawsze dokonuje się on w obecności świadków, którzy mogą poświadczyć, że to co zostało związane na ziemi, zostało także związane w niebie (5 Mj 19:15, Mt 16:19, 18:18). Dziś wielu chrześcijan powtarzających chrzest (choć w istocie jest to oskymoron) woli chodzić w widzeniu (posłuchać wyznania, zobaczyć zmienione życie, osobiście przekonać się), zamiast w wierze w Boże obietnice.
Błędna i niebiblijna rzymskokatolicka teologia oraz błędne znaczenie nadawane sakramentowi chrztu w niczym nie umniejsza jego obiektywnego znaczenia ze względu na to, że chrzest jest Bożym działaniem. Znaczenie sakramentowi nadaje sam Bóg (nie zaś teologia kościoła udzielającego znaku). Jest ono obiektywne i niezależne od przekonań przywódców i członków poszczególnych kościołów. Reformatorzy kościoła nigdy nie twierdzili (jak czynili to później anabaptytści), że przyjęcie przez Kościół rzymski teologii sakramentalnej ex opere operato powoduje nieważność jego chrztu. Przeciwnie, zgodnie twierdzili, że nawet Sobór w Trydencie poprzez błędne zapewnienia o chrzcie działającym ex opere operato - nie może pozbawić rzymskiego chrztu jego ważności. Jan Kalwin pisząc do Johna Knoxa stwierdził: „Zaniechanie pobożności , które cechuje Papiestwo, nie odebrało chrztowi ani jego mocy ani skuteczności.”
Możemy więc stwierdzić, że bez względu na głoszoną doktrynę chrztu przez Kościół Rzymskokatolicki jest on wg Pisma Św. wszczepieniem w Chrystusa i Jego Ciało (kościół), pieczęcią trójjedynego Boga, znakiem uczniostwa i usprawiedliwienia z wiary oraz obietnicą zbawienia z łaski przez wiarę w Chrystusa (Mt 28:18-19, Dz.Ap. 2:38-39, Rzym 6:1-3, 1 Kor 12:13, Gal 3:27).
Całość TUTAJ
W rzeczywistości (wg biblijnych kryteriów) nie powinien być udzielany. Jednakże jeśli kapłan dokonuje obrzędu chrztu w imię Trójjedynego Boga w murach rzymskokatolickeogo kościoła, to chrzest ma miejsce! Podobnie kiedy Izraelski rodzic obrzezywał w Starym Przymierzu swojego syna wyłącznie ze względu na tradycję (”Jestem Żydem, więc wypada bym zachował tradycję ojców”) – nie zmieniało to faktu, że obrzezanie się dokonało! Mimo iż niegodnie – to jednak było ono obiektywnie ważne! Wystarczyło obejrzeć napletek obrzezywanego chłopca i wspomnieć słowa oraz czynności wykonywanego obrzędu.
Dziś co prawda chrzest nie pozostawia stałego znaku na głowie chrzczonego (w wielu przypadkach jest to powód dla którego niektóre kościoły „powtarzają” chrzest – przynajmniej chrzczony może go zapamiętać!) – jednak zawsze dokonuje się on w obecności świadków, którzy mogą poświadczyć, że to co zostało związane na ziemi, zostało także związane w niebie (5 Mj 19:15, Mt 16:19, 18:18). Dziś wielu chrześcijan powtarzających chrzest (choć w istocie jest to oskymoron) woli chodzić w widzeniu (posłuchać wyznania, zobaczyć zmienione życie, osobiście przekonać się), zamiast w wierze w Boże obietnice.
Błędna i niebiblijna rzymskokatolicka teologia oraz błędne znaczenie nadawane sakramentowi chrztu w niczym nie umniejsza jego obiektywnego znaczenia ze względu na to, że chrzest jest Bożym działaniem. Znaczenie sakramentowi nadaje sam Bóg (nie zaś teologia kościoła udzielającego znaku). Jest ono obiektywne i niezależne od przekonań przywódców i członków poszczególnych kościołów. Reformatorzy kościoła nigdy nie twierdzili (jak czynili to później anabaptytści), że przyjęcie przez Kościół rzymski teologii sakramentalnej ex opere operato powoduje nieważność jego chrztu. Przeciwnie, zgodnie twierdzili, że nawet Sobór w Trydencie poprzez błędne zapewnienia o chrzcie działającym ex opere operato - nie może pozbawić rzymskiego chrztu jego ważności. Jan Kalwin pisząc do Johna Knoxa stwierdził: „Zaniechanie pobożności , które cechuje Papiestwo, nie odebrało chrztowi ani jego mocy ani skuteczności.”
Możemy więc stwierdzić, że bez względu na głoszoną doktrynę chrztu przez Kościół Rzymskokatolicki jest on wg Pisma Św. wszczepieniem w Chrystusa i Jego Ciało (kościół), pieczęcią trójjedynego Boga, znakiem uczniostwa i usprawiedliwienia z wiary oraz obietnicą zbawienia z łaski przez wiarę w Chrystusa (Mt 28:18-19, Dz.Ap. 2:38-39, Rzym 6:1-3, 1 Kor 12:13, Gal 3:27).
Całość TUTAJ
poniedziałek, 22 września 2008
Byłem 7 lat w zgromadzeniu zakonnym (listy)
Jezus jest Panem! Witam serdecznie!
Fascynujące. Jeszcze nie wszystko przeczytałem, ale mam wrażenie, że to może być odpowiedź na moje modlitwy i poszukiwania. Mam 40 lat :-), a w życiorysie kilka ważnych punktów - byłem prawie 7 lat (jako bardzo młody człowiek) w zgromadzeniu zakonnym, byłem bardzo gorliwym katolikiem, ale Pan prowadził mnie dziwną drogą. Przez wszystkie lata pojawiały się pytania i wątpliwości, a teraz- cóż... Z urodzenia- rzymski katolik, ale zbyt protestancki i ewangelikalny, by przeżywać swoją wiarę w KRK. Ale też zbyt katolicki, zbyt zakorzeniony w tradycji, aby być protestantem... Szukam:-) Szukam miejsca, w którym nie tylko będę mógł realizować wiarę, ale realizować też coś, co katolicy nazywają powołaniem. Nie akceptuję postawy wspólnot chrześcijańskich, które poddają ostrej krytyce wszystko, co katolickie, szczególnie myślę tu o liturgii, która poprzez symbole pozwala przeżywać spotkanie z Bogiem. Nie rozumiem Kościołów, które uważają się za "posiadaczy" Prawdy. Szukam wspólnoty, która pielgrzymując wciąż tę prawdę odkrywa. Ludziom, szczególnie katolikom nie można wraz z Dobrą Nowiną dawać "okrojonego" nabożeństwa, które tak mocno odbiega od tego, co przez lata było treścią życia:-) Pamiątka Wieczerzy, eucharystia nie może przypominać "imienin u cioci"... Czemu o tym piszę? Bo rozmawiam z ludźmi, sam mam jakieś tam przemyślenia... I wiem, że potrzebna jest wspólnota otwarta, która opierając się na Słowie Wszechmogącego pozwala na różnorodność, na korzystanie z dobrodziejstwa przeszłości i włączanie takich elementów z tradycji, które nie są sprzeczne z Biblią, a pozwalają lepiej i pełniej przeżywać wiarę.
Mam czasem wrażenie, że Bóg objawia się nam jako Pan różnorodności, mówi do nas naszym językiem, abyśmy rozumieli... A Kościoły? Często po poruszeniu i nawróceniu liderów ogłaszają swoją prawdę i zamykają drzwi :-)... A owce bez pasterzy, sług Ewangelii pozostają w rozdarciu - jak ja... Zbyt katolicki by być protestantem, ale zbyt ewangeliczny. aby trwać i realizować się w katolicyzmie. Ostatnio gadałem ze starokatolikiem (są takowi w RP :-). Niby otwartość, ale ... No właśnie. Zbyt wiele tradycji, zbyt dużo elementów, które mogą zasłaniać Prawdę. Moim pragnieniem jest pokazywanie i głoszenie Zmartwychwstałego, bez stawiania ocen poszczególnym Kościołom. Kościół nie może być towarzystwem wzajemnej adoracji, ale musi być miejscem i rzeczywistością Bożą, do której mają dostęp wszyscy. W tej wspomnianej rozmowie o moim zaangażowaniu w "ruch" starokatolicki zapytano mnie, czy jako duchowny "prowadziłbym "różaniec :-) niestety... Jakoś chyba nie.... I wciąż czuję się jak robotnik, którego nikt nie chce przyjąć do pracy, a przecież "wieczór" już blisko... No. Wygadałem się. Życzę Waszej Wspólnocie otwartości! I odwagi! Janusz
_________________________________________________
Drogi Januszu,
Serdecznie dziękuję Ci za ten e-mail. Twoje poszukiwania i przywiązanie do Pisma Św. z jednej i do bogactwa myśli historycznego kościoła (tradycji przez małe "t") z drugiej strony - są mi osobiście bardzo bliskie. Sam szedłem (i myślę, że idę) podobną drogą. Od katolicyzmu przez baptyzm do biblijnej (moim zdaniem) syntezy tychże - teologii reformowanej. Dziękuję Bogu za tę drogę i za to, że wciąż odkrywa przed nami (jako kościołem) bogactwo Swojego Słowa i różnorodności tradycji w kościele Chrystusowym z których mądrości czerpiemy i uczymy się. Wciąż jako kościół odkrywamy, pielgrzymujemy, dorastamy ku dojrzałości. Znasz zapewne jedno z haseł kościołów tradycji reformowanej: Ecclesia Reformata et Semper Reformanda - Kościół Reformowany i stale się reformujący. Kościół, który nie podlega reformowaniu staje się z czasem duchowo martwy. Podstawą owej reformacji nie może być jednak "duch czasów" i "społeczny wydźwięk" lecz Słowo Boże. Słowo Boże, które jest ostre i skuteczne (Hbr 4:12), a któremu uległość wpływa na dbałość o biblijność i piękno liturgii, sprawowania sakramentów i teologiczną ostrość.
Masz rację - wielu protestantów odcina się od historii kościoła tłumacząc taką postawę - "biblijnością" i "odrzucaniem wszystkiego co katolickie". Tymczasem jest to zwykła pycha i niedojrzałość zakładająca, że prawda pojawia się "wraz z nami", a kościół minionych wieków błądził, więc czego możemy się od niego nauczyć? Niestety ewangeliczne skrzydło protestantyzmu jest mocno nasiąknięte tym myśleniem, które przejawia się w indywidualizmie (w kościele i w rodzinie), czy brakiem refleksji nad znaczeniem liturgii i sakramentów. Z drugiej strony stare kościoły zachowując (dzięki Bogu) XVII-wieczną protestancką liturgię porzuciły już dawno biblijną i teologiczną ostrość dostosowując się do ducha naszych czasów. Ich liberalizm i neoortodoksja (skutek teologii K.Bartha, E.Brunnera) ze swoją rozmytą teologią nie stanowią dla wrażliwych duchowo i dociekliwych osób żadnej alternatywy. Jaka jest więc biblijna synteza?
- biblijność
- liturgiczność
- sakramentalność
- historyczność
- teologiczność
- przymierzowość w rodzinie i kościele
- Chrystocentrym (i Trójjedyność) każdego dnia
Życzę Bożego prowadzenia.Pastor Paweł Bartosik
Fascynujące. Jeszcze nie wszystko przeczytałem, ale mam wrażenie, że to może być odpowiedź na moje modlitwy i poszukiwania. Mam 40 lat :-), a w życiorysie kilka ważnych punktów - byłem prawie 7 lat (jako bardzo młody człowiek) w zgromadzeniu zakonnym, byłem bardzo gorliwym katolikiem, ale Pan prowadził mnie dziwną drogą. Przez wszystkie lata pojawiały się pytania i wątpliwości, a teraz- cóż... Z urodzenia- rzymski katolik, ale zbyt protestancki i ewangelikalny, by przeżywać swoją wiarę w KRK. Ale też zbyt katolicki, zbyt zakorzeniony w tradycji, aby być protestantem... Szukam:-) Szukam miejsca, w którym nie tylko będę mógł realizować wiarę, ale realizować też coś, co katolicy nazywają powołaniem. Nie akceptuję postawy wspólnot chrześcijańskich, które poddają ostrej krytyce wszystko, co katolickie, szczególnie myślę tu o liturgii, która poprzez symbole pozwala przeżywać spotkanie z Bogiem. Nie rozumiem Kościołów, które uważają się za "posiadaczy" Prawdy. Szukam wspólnoty, która pielgrzymując wciąż tę prawdę odkrywa. Ludziom, szczególnie katolikom nie można wraz z Dobrą Nowiną dawać "okrojonego" nabożeństwa, które tak mocno odbiega od tego, co przez lata było treścią życia:-) Pamiątka Wieczerzy, eucharystia nie może przypominać "imienin u cioci"... Czemu o tym piszę? Bo rozmawiam z ludźmi, sam mam jakieś tam przemyślenia... I wiem, że potrzebna jest wspólnota otwarta, która opierając się na Słowie Wszechmogącego pozwala na różnorodność, na korzystanie z dobrodziejstwa przeszłości i włączanie takich elementów z tradycji, które nie są sprzeczne z Biblią, a pozwalają lepiej i pełniej przeżywać wiarę.
Mam czasem wrażenie, że Bóg objawia się nam jako Pan różnorodności, mówi do nas naszym językiem, abyśmy rozumieli... A Kościoły? Często po poruszeniu i nawróceniu liderów ogłaszają swoją prawdę i zamykają drzwi :-)... A owce bez pasterzy, sług Ewangelii pozostają w rozdarciu - jak ja... Zbyt katolicki by być protestantem, ale zbyt ewangeliczny. aby trwać i realizować się w katolicyzmie. Ostatnio gadałem ze starokatolikiem (są takowi w RP :-). Niby otwartość, ale ... No właśnie. Zbyt wiele tradycji, zbyt dużo elementów, które mogą zasłaniać Prawdę. Moim pragnieniem jest pokazywanie i głoszenie Zmartwychwstałego, bez stawiania ocen poszczególnym Kościołom. Kościół nie może być towarzystwem wzajemnej adoracji, ale musi być miejscem i rzeczywistością Bożą, do której mają dostęp wszyscy. W tej wspomnianej rozmowie o moim zaangażowaniu w "ruch" starokatolicki zapytano mnie, czy jako duchowny "prowadziłbym "różaniec :-) niestety... Jakoś chyba nie.... I wciąż czuję się jak robotnik, którego nikt nie chce przyjąć do pracy, a przecież "wieczór" już blisko... No. Wygadałem się. Życzę Waszej Wspólnocie otwartości! I odwagi! Janusz
_________________________________________________
Drogi Januszu,
Serdecznie dziękuję Ci za ten e-mail. Twoje poszukiwania i przywiązanie do Pisma Św. z jednej i do bogactwa myśli historycznego kościoła (tradycji przez małe "t") z drugiej strony - są mi osobiście bardzo bliskie. Sam szedłem (i myślę, że idę) podobną drogą. Od katolicyzmu przez baptyzm do biblijnej (moim zdaniem) syntezy tychże - teologii reformowanej. Dziękuję Bogu za tę drogę i za to, że wciąż odkrywa przed nami (jako kościołem) bogactwo Swojego Słowa i różnorodności tradycji w kościele Chrystusowym z których mądrości czerpiemy i uczymy się. Wciąż jako kościół odkrywamy, pielgrzymujemy, dorastamy ku dojrzałości. Znasz zapewne jedno z haseł kościołów tradycji reformowanej: Ecclesia Reformata et Semper Reformanda - Kościół Reformowany i stale się reformujący. Kościół, który nie podlega reformowaniu staje się z czasem duchowo martwy. Podstawą owej reformacji nie może być jednak "duch czasów" i "społeczny wydźwięk" lecz Słowo Boże. Słowo Boże, które jest ostre i skuteczne (Hbr 4:12), a któremu uległość wpływa na dbałość o biblijność i piękno liturgii, sprawowania sakramentów i teologiczną ostrość.
Masz rację - wielu protestantów odcina się od historii kościoła tłumacząc taką postawę - "biblijnością" i "odrzucaniem wszystkiego co katolickie". Tymczasem jest to zwykła pycha i niedojrzałość zakładająca, że prawda pojawia się "wraz z nami", a kościół minionych wieków błądził, więc czego możemy się od niego nauczyć? Niestety ewangeliczne skrzydło protestantyzmu jest mocno nasiąknięte tym myśleniem, które przejawia się w indywidualizmie (w kościele i w rodzinie), czy brakiem refleksji nad znaczeniem liturgii i sakramentów. Z drugiej strony stare kościoły zachowując (dzięki Bogu) XVII-wieczną protestancką liturgię porzuciły już dawno biblijną i teologiczną ostrość dostosowując się do ducha naszych czasów. Ich liberalizm i neoortodoksja (skutek teologii K.Bartha, E.Brunnera) ze swoją rozmytą teologią nie stanowią dla wrażliwych duchowo i dociekliwych osób żadnej alternatywy. Jaka jest więc biblijna synteza?
- biblijność
- liturgiczność
- sakramentalność
- historyczność
- teologiczność
- przymierzowość w rodzinie i kościele
- Chrystocentrym (i Trójjedyność) każdego dnia
Życzę Bożego prowadzenia.Pastor Paweł Bartosik
Dlaczego kościoły protestanckie nie wierzą w istnienie czyśćca? (listy)
Dzień dobry. Mam pytanie. Dlaczego kościoły protestanckie nie wierzą w istnienie czyśćca czyli oczyszczenia się tych ludzi, którzy mieli zbyt słabą wiarę aby się bezpośrednio zbawić. Oto wykażę z Biblii że brak miłosierdzia czyli wybaczenia względem bliźniego tamuje nam drogę do Nieba Jezusa. Mat. 5.23-26 Mat. 18.21-35 Łuk.12.43-48 Łuk.12.58-59 . Pogódź się rychło z przeciwnikiem swoim póki jesteś z nim w drodze aby cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia słudze i zostałbyś wtrącony do WIĘZIENIA. Zaprawdę powiadam ci nie wyjdziesz stamtąd aż oddasz ostatni grosz. Mat.18.35 Tak i Ojciec mój niebieski uczyni wam jeśli nie odpuścicie z serca każdy bratu swemu.
____________________________________________________
Odpowiedź:
Kościoły protestanckie łączy postawa szukania w Piśmie Św. decydujących i wiążących rozstrzygnięć wszelkich kontrowerji i dysput teologicznych. Z tego powodu reformatorzy zakwestionowali katolicką naukę na temat czyśćca, która nie znajduje potwierdzenia w Piśmie Św. i jest dogmatem uchwalonym przez kościół rzymskokatolicki w VI w. za czasów papieża Grzegorza I. Wersety, które przywołujesz są ewidentnym przykładem podporządkowania ich obowiązującej doktrynie, co nie ma nic wspólnego z ich solidną biblijną ezgegezą. Żaden z fragmentów o których piszesz nie mówi o czyśćcu. Raczej przypomina to żonglowanie fragmentami Pisma, by udowodnić gotową tezę z którą przychodzisz.
Protestanckie kościoły nie wierzą w istnienie czyśćca mimo naturalnego ludzkiego pragnienia szukania drogi "pośrodku". Protestanci nie wierzą w czyściec z następujących powodów:
1. Doktryna czyśćca jest nieobecna w Piśmie Św. Biblia najzwyczajniej milczy na ten ten temat.
2. Doktryna czyśćca przeczy biblijnemu nauczaniu na temat istnienia dwóch miejsc pobytu dusz po śmierci - nieba (raju) i piekła. Mat. 7:13-14
13. Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą.
14. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują. (zob. też Łk 16:19-31, Jn 3:36, Ap.19)
3. Doktryna czyśćca zaprzecza wystarczalności odkupieńczej ofiary Chrystusa. Pismo Św. naucza, że Chrystus cierpiał za grzechy tych, którzy w Niego wierzą (Dz.Ap. 20:28; 1 Pt 2:21, 3:18). Sprawiedliwy gniew Boży zamiast na nas - spadł na Bożego Syna. Jedyną podstawą mojego (i każdego wierzącego człowieka) zbawienia jest fakt, że Chrystus za mnie umarł (Rzym 14:15). Nie muszę już cierpieć za moje grzechy w "ogniu" ("poczekalni do nieba") gdzie rzekomo dokonuje się oczyszczenie. Wiara w to, że ktokolwiek musi wycierpieć ograniczone w czasie męki w czyśćcu gdzie dokonuje się jego oczyszczenie - uwłacza wystarczalności ofiary Chrystusowej. Nie ma innej przyczyny zbawienia jak ta, że Chrystus umarł w moje miejsce. Pismo Św. uczy, że ci, którzy zaufali Chrystusowi mają zdjęty z siebie ciężar win (każdego grzechu) tak iż Bóg daje każdemu chrześcijaninowi obietnicę wiecznego zbawienia natychmiast po śmierci (Jn 5:24; Ef 2:8-9, 1 Jn 5:12-13). Ci zaś, którzy nie złożyli swoich grzechów przed Chrystusowy krzyż sami będą ponosili ich konsekwencje w wieczności. Ci, którzy nie wierzą Synowi - będą na wieki ścierali sie z Bożym gniewem (Jn 3:36, 2 Tes 1:8, Ap 19:1-3). Dlatego kościół powinien bardzo poważnie potraktować słowa Wielkiego Posłannictwa i wezwanie do niesienia Dobrej Nowiny o tym, który przez swoją śmierć i zmartwychwstanie ocalił miliony dusz od ponoszenia po śmierci konsekwencji własnych grzechów. Jeśli Chrystus wziął moje grzechy nie siebie i umarł za każdy mój grzech (Kol 2:13) to odpowiedz: za które grzechy mam jeszcze iść do czyśćca?
Kol. 2:13
13. I was, którzy umarliście w grzechach i w nieobrzezanym ciele waszym, wespół z nim ożywił, odpuściwszy nam wszystkie grzechy;
Hebr. 7:25
25. Dlatego też może zbawić na zawsze tych, którzy przez niego przystępują do Boga, bo żyje zawsze, aby się wstawiać za nimi.
Hebr. 10:14
14. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni.
____________________________________________________
Odpowiedź:
Kościoły protestanckie łączy postawa szukania w Piśmie Św. decydujących i wiążących rozstrzygnięć wszelkich kontrowerji i dysput teologicznych. Z tego powodu reformatorzy zakwestionowali katolicką naukę na temat czyśćca, która nie znajduje potwierdzenia w Piśmie Św. i jest dogmatem uchwalonym przez kościół rzymskokatolicki w VI w. za czasów papieża Grzegorza I. Wersety, które przywołujesz są ewidentnym przykładem podporządkowania ich obowiązującej doktrynie, co nie ma nic wspólnego z ich solidną biblijną ezgegezą. Żaden z fragmentów o których piszesz nie mówi o czyśćcu. Raczej przypomina to żonglowanie fragmentami Pisma, by udowodnić gotową tezę z którą przychodzisz.
Protestanckie kościoły nie wierzą w istnienie czyśćca mimo naturalnego ludzkiego pragnienia szukania drogi "pośrodku". Protestanci nie wierzą w czyściec z następujących powodów:
1. Doktryna czyśćca jest nieobecna w Piśmie Św. Biblia najzwyczajniej milczy na ten ten temat.
2. Doktryna czyśćca przeczy biblijnemu nauczaniu na temat istnienia dwóch miejsc pobytu dusz po śmierci - nieba (raju) i piekła. Mat. 7:13-14
13. Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą.
14. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują. (zob. też Łk 16:19-31, Jn 3:36, Ap.19)
3. Doktryna czyśćca zaprzecza wystarczalności odkupieńczej ofiary Chrystusa. Pismo Św. naucza, że Chrystus cierpiał za grzechy tych, którzy w Niego wierzą (Dz.Ap. 20:28; 1 Pt 2:21, 3:18). Sprawiedliwy gniew Boży zamiast na nas - spadł na Bożego Syna. Jedyną podstawą mojego (i każdego wierzącego człowieka) zbawienia jest fakt, że Chrystus za mnie umarł (Rzym 14:15). Nie muszę już cierpieć za moje grzechy w "ogniu" ("poczekalni do nieba") gdzie rzekomo dokonuje się oczyszczenie. Wiara w to, że ktokolwiek musi wycierpieć ograniczone w czasie męki w czyśćcu gdzie dokonuje się jego oczyszczenie - uwłacza wystarczalności ofiary Chrystusowej. Nie ma innej przyczyny zbawienia jak ta, że Chrystus umarł w moje miejsce. Pismo Św. uczy, że ci, którzy zaufali Chrystusowi mają zdjęty z siebie ciężar win (każdego grzechu) tak iż Bóg daje każdemu chrześcijaninowi obietnicę wiecznego zbawienia natychmiast po śmierci (Jn 5:24; Ef 2:8-9, 1 Jn 5:12-13). Ci zaś, którzy nie złożyli swoich grzechów przed Chrystusowy krzyż sami będą ponosili ich konsekwencje w wieczności. Ci, którzy nie wierzą Synowi - będą na wieki ścierali sie z Bożym gniewem (Jn 3:36, 2 Tes 1:8, Ap 19:1-3). Dlatego kościół powinien bardzo poważnie potraktować słowa Wielkiego Posłannictwa i wezwanie do niesienia Dobrej Nowiny o tym, który przez swoją śmierć i zmartwychwstanie ocalił miliony dusz od ponoszenia po śmierci konsekwencji własnych grzechów. Jeśli Chrystus wziął moje grzechy nie siebie i umarł za każdy mój grzech (Kol 2:13) to odpowiedz: za które grzechy mam jeszcze iść do czyśćca?
Kol. 2:13
13. I was, którzy umarliście w grzechach i w nieobrzezanym ciele waszym, wespół z nim ożywił, odpuściwszy nam wszystkie grzechy;
Hebr. 7:25
25. Dlatego też może zbawić na zawsze tych, którzy przez niego przystępują do Boga, bo żyje zawsze, aby się wstawiać za nimi.
Hebr. 10:14
14. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni.
piątek, 19 września 2008
Piotr BYŁ Opoką! - Paweł Bartosik
Cała teologia Kościoła Rzymskokatolickiego opiera się na interpretacji jednego wersetu (Mt 16:18), a dokładnie na słowach, których w owym wersecie.. nie ma! Zgodnie z rzymskokatolickim zrozumieniem Chrystus nazwał Piotra skałą oraz przekazał mu władzę nad całym kościołem włącznie z nakazem wyznaczania następców będących namiestnikami Chrystusa na ziemi.
Przyznam, że nigdy nie przekonywała mnie protestancka "gimnastyka" związana z próbą wyjaśniania słów Jezus skierowanych do Piotra: "A Ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go" (Mt 16:18). Każda z nich starała się w taki sposób nadać takiego znaczenia słowom Jezusa, aby tylko nie oznaczały, że Piotr w rzeczywistości był ową Skałą. Wszelkie wyjaśnienia opierające się na różnicy znaczeń między skałą (petra), którą jest Chrystus, a kamykiem (petros), którym miał być Piotr, są dość nieudolnymi próbami egzegetycznymi. Nie sądzę, że jako protestanci powinniśmy mieć problem, by zgodzić się, że Jezus nazywał Piotra SKAŁĄ i przekazał mu klucze do Królestwa Niebios. Tu nie ma żadnego problemu. Piotr rzeczywiście był wiodącym apostołem w pierwszym kościele! Był kimś szczególnym, choć z pewnością nie pełnił samodzielnie władzy nad kościołem. Zarówno Biblia jak i historia są tego dowodem. To czemu powinniśmy się w oczywisty sposób sprzeciwić to rzymskokatolickiemu twierdzeniu, że Chrystus w tym fragmencie mówi do Piotra coś więcej niż to, że jest on skałą. Ów fragment milczy na temat wyznaczania przez Piotra lub kościół kolejnych skał, sprawujących funkcję „głowy” Kościoła Jezusa Chrystusa i stojących na jego czele.
Rzymskokatolicka nauka na temat urzędu papieskiego będącego rzekomo fundamentem jedności i zachowania sukcesji apostolskiej przez ów Kościół zbudowana jest więc na wersecie, który NIC na ten temat nie mówi.
Przyznam, że nigdy nie przekonywała mnie protestancka "gimnastyka" związana z próbą wyjaśniania słów Jezus skierowanych do Piotra: "A Ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go" (Mt 16:18). Każda z nich starała się w taki sposób nadać takiego znaczenia słowom Jezusa, aby tylko nie oznaczały, że Piotr w rzeczywistości był ową Skałą. Wszelkie wyjaśnienia opierające się na różnicy znaczeń między skałą (petra), którą jest Chrystus, a kamykiem (petros), którym miał być Piotr, są dość nieudolnymi próbami egzegetycznymi. Nie sądzę, że jako protestanci powinniśmy mieć problem, by zgodzić się, że Jezus nazywał Piotra SKAŁĄ i przekazał mu klucze do Królestwa Niebios. Tu nie ma żadnego problemu. Piotr rzeczywiście był wiodącym apostołem w pierwszym kościele! Był kimś szczególnym, choć z pewnością nie pełnił samodzielnie władzy nad kościołem. Zarówno Biblia jak i historia są tego dowodem. To czemu powinniśmy się w oczywisty sposób sprzeciwić to rzymskokatolickiemu twierdzeniu, że Chrystus w tym fragmencie mówi do Piotra coś więcej niż to, że jest on skałą. Ów fragment milczy na temat wyznaczania przez Piotra lub kościół kolejnych skał, sprawujących funkcję „głowy” Kościoła Jezusa Chrystusa i stojących na jego czele.
Rzymskokatolicka nauka na temat urzędu papieskiego będącego rzekomo fundamentem jedności i zachowania sukcesji apostolskiej przez ów Kościół zbudowana jest więc na wersecie, który NIC na ten temat nie mówi.
W starożytnym Kościele kapłani byli żonaci - Konfesja Augsburska 1530 r.
"Wiadomo też, iż w starożytnym Kościele kapłani byli żonaci, Paweł bowiem mówi, że biskupem powinno się wybierać tego, kto jest żonaty. W Niemczech zaś po raz pierwszy przed czterystu laty narzucono kapłanom celibat przemocą, przy czym okazali taki opór, że arcybiskup Moguncji, który miał właśnie ogłosić edykt papieża w tej sprawie, omal nie zginął w tumulcie, jaki wszczął się wśród rozgniewanych kapłanów. Sprawę załatwiono w tak nieludzki sposób, że nie tylko zabroniono zawierania małżeństw w przyszłości, lecz także rozrywano już istniejące, wbrew wszelkim prawom boskim i ludzkim, także wbrew samym kanonom, wydanym nie tylko przez papieży, ale i sławniejsze synody. Że zaś natura ludzka słabieje w miarę starzenia się świata, należy baczyć, aby się w Niemczech nie szerzyło więcej występków. Nadto Bóg ustanowił małżeństwo, aby było lekarstwem na ludzkie słabości"
Konfesja Augsburska 1530 r.
zob. 2 Tm 3:2-5; Tyt 1:5-7; 1 Kor 7:1-4.
Konfesja Augsburska 1530 r.
zob. 2 Tm 3:2-5; Tyt 1:5-7; 1 Kor 7:1-4.
Kto ma autorytet? - Paweł Bartosik
Czyli innymi słowy: Kto ma pierwszeństwo Bóg czy Kosciól? Kto od kogo zalezy?
Czy tylko Biblia jest źródłem natchnionego objawienia, które Kościół Jezusa Chrystusa dziś posiada? Kościól Rzymskokatolicki z całym przekonaniem uważa, że nie, dodając z właściwą dla siebie pewnością, że nawet sama Biblia jest „produktem” Kościoła, produktem „Tradycji”. Według KRK to Kościół dał ludziom Biblię – ustalając jej skład (kanon) i przekazując właściwą wykładnię. Stąd również głos Kościoła powinien być traktowany jako równorzędne wobec Pisma źródło objawienia Bożej woli. Chrystus przekazał Kościołowi władzę i objawienie w postaci Tradycji. Ma ona formę spisaną (Biblia) lub przekazywaną ustnie. Pismo Św. jest „produktem” Tradycji.” To oznacza, że Tradycja Kościoła Rzymskokatolickiego (wraz nią stanowisko Magisterium Nauczycielskiego oraz orzeczenia Soborów) jest nieweryfikowalna i nie podlega osądowi żadnego autorytetu stojącego ponad nią. Ponieważ nie istnieje autorytet ponad Tradycją.
Owe buńczuczne roszczenia odwracają do góry nogami kwestię autorytetu. Zgodnie z nimi Ew. Mateusza, Ew. Jana czy List do Rzymian stały się kanonicznymi księgami (Słowem Bożym) poprzez orzeczenie Kościoła, nie zaś w samym momencie wyjścia spod pióra natchnionego pisarza. To nie Kościół dał nam Biblię (księgi kanoniczne), lecz Bóg. To nie Kościół orzeka autorytatywnie co jest Słowem Bożym. Jest dokładnie odwrotnie: księgi kanoniczne (Słowo Boże) określają czy dana społeczność nosi cechy Kościoła i jest nim w rzeczywistości!
J. I. Packer (teolog reformowany) powiedział: “Kościół w nie większym stopniu dał nam kanon Nowego Testamentu niż Izaak Newton dał nam siłę grawitacji. Bóg dał nam grawitację, poprzez dzieło stworzenia i podobnie dał nam Nowy Testament poprzez natchnienie poszczególnych ksiąg, które wchodzą w jego skład.”
Poniższe zestawienie w prosty sposób ilustruje różnicę między katolicyzmem a protestantyzmem w podejściu do autorytetu Pisma Św. i samego problemu autorytetu.
Kościół : nie określa, lecz odkrywa kanon
nie jest matką lecz dzieckiem kanonu
nie jest magisterium lecz wykonawcą kanonu
nie tworzy lecz rozpoznaje kanon
nie jest sędzią lecz składa świadectwo o kanonie
nie jest panem lecz sługą kanonu.
Twierdzeniem kościoła protestanckiego jest więc (idąc za nauczaniem Biblii):
a)Kanoniczność jest określona przez Boga.
b) Kanoniczność jest rozpoznana przez lud Boży. Lud Boży rozpoznaje, a nie nadaje autorytet.
Bóg nie potrzebuje naszej aprobaty. Kiedy On mówi, to mówi z autorytetem.
Przyczyną autorytetu kanonu ksiąg świętych nie jest jego rozpoznanie przez ludzi, ale jego natchnienie. Nikt z ludzi nie może potwierdzić Bożego Słowa. (Hbr 6:13) ponieważ to zniszczyłoby Jego autorytet. Boże Słowo jest samoustanawiającym.
Czy tylko Biblia jest źródłem natchnionego objawienia, które Kościół Jezusa Chrystusa dziś posiada? Kościól Rzymskokatolicki z całym przekonaniem uważa, że nie, dodając z właściwą dla siebie pewnością, że nawet sama Biblia jest „produktem” Kościoła, produktem „Tradycji”. Według KRK to Kościół dał ludziom Biblię – ustalając jej skład (kanon) i przekazując właściwą wykładnię. Stąd również głos Kościoła powinien być traktowany jako równorzędne wobec Pisma źródło objawienia Bożej woli. Chrystus przekazał Kościołowi władzę i objawienie w postaci Tradycji. Ma ona formę spisaną (Biblia) lub przekazywaną ustnie. Pismo Św. jest „produktem” Tradycji.” To oznacza, że Tradycja Kościoła Rzymskokatolickiego (wraz nią stanowisko Magisterium Nauczycielskiego oraz orzeczenia Soborów) jest nieweryfikowalna i nie podlega osądowi żadnego autorytetu stojącego ponad nią. Ponieważ nie istnieje autorytet ponad Tradycją.
Owe buńczuczne roszczenia odwracają do góry nogami kwestię autorytetu. Zgodnie z nimi Ew. Mateusza, Ew. Jana czy List do Rzymian stały się kanonicznymi księgami (Słowem Bożym) poprzez orzeczenie Kościoła, nie zaś w samym momencie wyjścia spod pióra natchnionego pisarza. To nie Kościół dał nam Biblię (księgi kanoniczne), lecz Bóg. To nie Kościół orzeka autorytatywnie co jest Słowem Bożym. Jest dokładnie odwrotnie: księgi kanoniczne (Słowo Boże) określają czy dana społeczność nosi cechy Kościoła i jest nim w rzeczywistości!
J. I. Packer (teolog reformowany) powiedział: “Kościół w nie większym stopniu dał nam kanon Nowego Testamentu niż Izaak Newton dał nam siłę grawitacji. Bóg dał nam grawitację, poprzez dzieło stworzenia i podobnie dał nam Nowy Testament poprzez natchnienie poszczególnych ksiąg, które wchodzą w jego skład.”
Poniższe zestawienie w prosty sposób ilustruje różnicę między katolicyzmem a protestantyzmem w podejściu do autorytetu Pisma Św. i samego problemu autorytetu.
Kościół : nie określa, lecz odkrywa kanon
nie jest matką lecz dzieckiem kanonu
nie jest magisterium lecz wykonawcą kanonu
nie tworzy lecz rozpoznaje kanon
nie jest sędzią lecz składa świadectwo o kanonie
nie jest panem lecz sługą kanonu.
Twierdzeniem kościoła protestanckiego jest więc (idąc za nauczaniem Biblii):
a)Kanoniczność jest określona przez Boga.
b) Kanoniczność jest rozpoznana przez lud Boży. Lud Boży rozpoznaje, a nie nadaje autorytet.
Bóg nie potrzebuje naszej aprobaty. Kiedy On mówi, to mówi z autorytetem.
Przyczyną autorytetu kanonu ksiąg świętych nie jest jego rozpoznanie przez ludzi, ale jego natchnienie. Nikt z ludzi nie może potwierdzić Bożego Słowa. (Hbr 6:13) ponieważ to zniszczyłoby Jego autorytet. Boże Słowo jest samoustanawiającym.
Św. Augustyn potępiony w Kościele Katolickim - Paweł Bartosik
W XVI-wiecznym sporze między Kościołem Rzymskokatolickim, a reformatorami Kościoła tak naprawdę chodziło o to, kto jest spadkobiercą nauki Św. Augustyna i starożytnych Ojców Kościoła. Zarówno Luter jak i Kalwin podążali wiernie za teologią biskupa Hippony w postrzeganiu łaski, Bożego wybrania (predestynacji), "wolnej" woli, a także roli wiary i dobrych uczynków w zbawieniu.
Znany polski filozof Leszek Kołakowski w znakomitej książce "Bóg nam nic nie jest dłużny" w doskonały sposób ukazuje w jaki sposób Kościół Katolicki potępił naukę Św. Augustyna - potępiając w XVII w. jansenistów - teologiczny nurt w Kościele Katolickim, którego przedstawiciele nawiązywali do jego nauki. Twierdzili oni (podobnie jak później reformatorzy), że nie głoszą niczego nowego , lecz powtarzają wiernie najbardziej tradycyjne nauczanie Kościoła zgodne z nauczaniem Pisma Św. Za to doktryna jezuitów była (i jest) w Kościele Katolickim "nowinką, nawet jeśli tylko przywiodła do życia arcyniebezpieczną herezję pelagian bądź semipelagian (tzw. marsylian)". Dlatego jezuiccy autorzy woleli wycofywać się z debaty gdy rzucano im wyzwanie powołując się na autorytet Św. Augustyna.
Leszek Kołakowski zauważa: "Znaczy to, że w tej sprawie (predestynacji) Kalwin dochowywał wierności Augustynowi oraz, że potępiając Janseniusza, Kościoół potępiał w rzeczywistości (choć oczywiście nigdy tego otwarcie nie oznajmił) samego Św. Augustyna, największy swój autorytet teologiczny. (...) Późniejsze kolejne potępienia Bajusa, Janseniusza i Quesnela przypięczetowały - w tej kluczowej kwestii - losy tradycji Augustyńskiej w świecie katolickim. Było to ogromnej wagi wydarzenie w dziejach chrześcijaństwa, a więc i w europejskiej historii idei, bynajmniej nie epizod w zapomnianej od dawna kłótni średniowiecznych rozdzielaczy włosa na czworo".L. Kołakowski, Bóg nam nic nie jest dłużny, Znak, Kraków 2001, s. 11.
Znany polski filozof Leszek Kołakowski w znakomitej książce "Bóg nam nic nie jest dłużny" w doskonały sposób ukazuje w jaki sposób Kościół Katolicki potępił naukę Św. Augustyna - potępiając w XVII w. jansenistów - teologiczny nurt w Kościele Katolickim, którego przedstawiciele nawiązywali do jego nauki. Twierdzili oni (podobnie jak później reformatorzy), że nie głoszą niczego nowego , lecz powtarzają wiernie najbardziej tradycyjne nauczanie Kościoła zgodne z nauczaniem Pisma Św. Za to doktryna jezuitów była (i jest) w Kościele Katolickim "nowinką, nawet jeśli tylko przywiodła do życia arcyniebezpieczną herezję pelagian bądź semipelagian (tzw. marsylian)". Dlatego jezuiccy autorzy woleli wycofywać się z debaty gdy rzucano im wyzwanie powołując się na autorytet Św. Augustyna.
Leszek Kołakowski zauważa: "Znaczy to, że w tej sprawie (predestynacji) Kalwin dochowywał wierności Augustynowi oraz, że potępiając Janseniusza, Kościoół potępiał w rzeczywistości (choć oczywiście nigdy tego otwarcie nie oznajmił) samego Św. Augustyna, największy swój autorytet teologiczny. (...) Późniejsze kolejne potępienia Bajusa, Janseniusza i Quesnela przypięczetowały - w tej kluczowej kwestii - losy tradycji Augustyńskiej w świecie katolickim. Było to ogromnej wagi wydarzenie w dziejach chrześcijaństwa, a więc i w europejskiej historii idei, bynajmniej nie epizod w zapomnianej od dawna kłótni średniowiecznych rozdzielaczy włosa na czworo".L. Kołakowski, Bóg nam nic nie jest dłużny, Znak, Kraków 2001, s. 11.
Pragmatyzm Kościoła - Paweł Bartosik
Filozof Leszek Kołakowski w aryciekawej książce "Bóg nam nic nie jest dlużny" w interesujący sposób przedstawia pragmatyczne powody dla których Kościół Katolicki odrzucił augustyńskie podejście do grzechu pierowordnego, łaski i predestynacji. Wzrost liczebny (i terytorialny) Kościoła wymagał "nowej doktryny", która wychodziłaby naprzeciw potrzebom mas.
"Istniały ważkie racje, dla których Kościół rzymski musiał pozbyć się w części Augustyńskiej spuścizny, jeśli pragnął zachować swoją potęgę. Janseniusz mimowiednie dostarczył Kościołowi historycznej okazji do tej "de-augustynizacji". Wykorzystanie tej sposobności stało się w dziejach Kościoła wydarzeniem wielkiej wagi; praktycznie przyjął on wówczas jezuicką (czy semipelagiańską) doktrynę w kluczowych kwestiach grzechu pierworodnego, łaski i predestynacji, zrywając w ten sposób (oczywiście milcząco) z bardzo istotną częścią swego teologicznego dziedzictwa i stosownie do tego kształtując swoje nauczanie. Przy zastrzeżeniu co do notorycznej kruchości sądów przeciw-faktycznych wyrażanych w trybie nierzeczywistym czasu przeszłego można wyobrazić sobie, że gdyby Kościół (nieomal per impossibile) przyjął wówczas teologię Augustyńsko-jansenistyczną za podstawę działalności edukacyjnej, wkroczyłby na drogę do samozagłady".
"Istniały ważkie racje, dla których Kościół rzymski musiał pozbyć się w części Augustyńskiej spuścizny, jeśli pragnął zachować swoją potęgę. Janseniusz mimowiednie dostarczył Kościołowi historycznej okazji do tej "de-augustynizacji". Wykorzystanie tej sposobności stało się w dziejach Kościoła wydarzeniem wielkiej wagi; praktycznie przyjął on wówczas jezuicką (czy semipelagiańską) doktrynę w kluczowych kwestiach grzechu pierworodnego, łaski i predestynacji, zrywając w ten sposób (oczywiście milcząco) z bardzo istotną częścią swego teologicznego dziedzictwa i stosownie do tego kształtując swoje nauczanie. Przy zastrzeżeniu co do notorycznej kruchości sądów przeciw-faktycznych wyrażanych w trybie nierzeczywistym czasu przeszłego można wyobrazić sobie, że gdyby Kościół (nieomal per impossibile) przyjął wówczas teologię Augustyńsko-jansenistyczną za podstawę działalności edukacyjnej, wkroczyłby na drogę do samozagłady".
Benedykt XVI obrońcą Lutra - Paweł Bartosik
Jak informuje portal ekumenizm.pl z 13.III.2008. "Benedykt XVI zamierza rehabilitować ks. Marcina Lutra, dowodząc, że jego zamiarem nie był podział chrześcijaństwa, a oczyszczenie Kościoła z praktyk korupcyjnych – donosi dzisiejsze wydanie londyńskiego dziennika "The Times". Według gazety papież zajmie się tą kwestią podczas tradycyjnego już spotkania z byłymi studentami, które odbędzie się latem w papieskiej rezydencji Castelgandolfo. Omawiane mają być również tematy, dotyczące sukcesji apostolskiej i innych zagadnień teologicznych".
Zastanawiające jest czy Kościół Katolicki dopiero po 500 latach zaczyna odkrywać intencje Lutra czy też od samego początku wiedząc o jego zamiarach umyślne przedstawiał go jako schizmatyka i rewolucjonistę dążącego do podzielenia Kościoła.
No cóż. Jak to się mówi: lepiej późno niż wcale. Z pewnością dążenia obecnego papieża pomogą wielu ludziom w zrozumieniu istoty reformacji jako nurtu będącego kontynuacją i wiernym spadkobiercą Kościoła Chrystusowego. Celem reformatorów nie było zakładanie nowego wyznania lecz oczyszczenie i zwrócenie istniejącego Kościła do korzeni i źródła wiary (Pisma Św.).
Zastanawiające jest czy Kościół Katolicki dopiero po 500 latach zaczyna odkrywać intencje Lutra czy też od samego początku wiedząc o jego zamiarach umyślne przedstawiał go jako schizmatyka i rewolucjonistę dążącego do podzielenia Kościoła.
No cóż. Jak to się mówi: lepiej późno niż wcale. Z pewnością dążenia obecnego papieża pomogą wielu ludziom w zrozumieniu istoty reformacji jako nurtu będącego kontynuacją i wiernym spadkobiercą Kościoła Chrystusowego. Celem reformatorów nie było zakładanie nowego wyznania lecz oczyszczenie i zwrócenie istniejącego Kościła do korzeni i źródła wiary (Pisma Św.).
Związywanie i rozwiązywanie - Paweł Bartosik
Czasami spotykam się z pytaniami jak z protestanckiej perspektywy rozumieć fragmenty o "związywaniu i rozwiązywaniu: grzechów? Np. Jn. 20:22-23 A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego. Którymkolwiek grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są zatrzymane.
Fragment z Ewangelii Jana jest powierzeniem kościołowi autorytetu Chrystusa. Kościół jest filarem i podwaliną prawdy (1 Tm 3:15), jest sługą i Ciałem Chrystusa (1 Kor 12:27). Dlatego decyzje kościoła są rozpoznawane w niebie i powinny być honorowane przez wszystkich, którzy uważają się za uczniów Chrystusa. Oczywiście nie znaczy to dowolności jeśli chodzi o orzeczenia kościoła. Wciąż jego przywódcy powinni pamiętać, że są sługami delegowanymi do sprawowania pieczy w Ciele, które należy do Chrystusa (nie do nich). Kiedy kościół orzeka o włączeniu i wyłączeniu kogoś do i ze społeczności Ludu Bożego to nie tylko ogłasza, ale i podejmuje decyzje, które są "związywane w niebie" - zgodnie z Mt 18:18.
Zastosowanie słów z Jn 20:22-23 (oraz Mt 18) odbywa się w naszym kościele np. podczas zapewnienia o przebaczeniu podczas nabożeństwa, które ma miejsce tuż po wyznaniu grzechów na początku liturgii. Bóg podnosi nas z kolan i Pastor w imieniu Chrystusa kieruje do zgromadzonych chrześcijan słowa Pisma Św. mówiące o odpuszczeniu win i pojednaniu z Bogiem ilekroć z wiarą w zastępczą ofiarę Chrystusa wyznajemy nasze występki. Np. 1 Jana 1:9 - Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości.
Kto może w kościele "związywać i rozwiązywać"? Pismo w jasny sposób uczy, że Bóg ustanowił w Izraelu i w kościele starszych Ludu (pastorów), by to właśnie oni mądrze, wiernie i bogobojnie zarządzali trzodą Pańską. Im powierzony został autorytet prowadzenia kościoła - w szczególności poprzez służbę Słowa i modlitwę (Dz.Ap. 6:4).
Fragment z Ewangelii Jana jest powierzeniem kościołowi autorytetu Chrystusa. Kościół jest filarem i podwaliną prawdy (1 Tm 3:15), jest sługą i Ciałem Chrystusa (1 Kor 12:27). Dlatego decyzje kościoła są rozpoznawane w niebie i powinny być honorowane przez wszystkich, którzy uważają się za uczniów Chrystusa. Oczywiście nie znaczy to dowolności jeśli chodzi o orzeczenia kościoła. Wciąż jego przywódcy powinni pamiętać, że są sługami delegowanymi do sprawowania pieczy w Ciele, które należy do Chrystusa (nie do nich). Kiedy kościół orzeka o włączeniu i wyłączeniu kogoś do i ze społeczności Ludu Bożego to nie tylko ogłasza, ale i podejmuje decyzje, które są "związywane w niebie" - zgodnie z Mt 18:18.
Zastosowanie słów z Jn 20:22-23 (oraz Mt 18) odbywa się w naszym kościele np. podczas zapewnienia o przebaczeniu podczas nabożeństwa, które ma miejsce tuż po wyznaniu grzechów na początku liturgii. Bóg podnosi nas z kolan i Pastor w imieniu Chrystusa kieruje do zgromadzonych chrześcijan słowa Pisma Św. mówiące o odpuszczeniu win i pojednaniu z Bogiem ilekroć z wiarą w zastępczą ofiarę Chrystusa wyznajemy nasze występki. Np. 1 Jana 1:9 - Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości.
Kto może w kościele "związywać i rozwiązywać"? Pismo w jasny sposób uczy, że Bóg ustanowił w Izraelu i w kościele starszych Ludu (pastorów), by to właśnie oni mądrze, wiernie i bogobojnie zarządzali trzodą Pańską. Im powierzony został autorytet prowadzenia kościoła - w szczególności poprzez służbę Słowa i modlitwę (Dz.Ap. 6:4).
niedziela, 14 września 2008
Nieomylny List do omylnego Kościoła - Paweł Bartosik
Kto jest zachowany przed apostazją?
Historyczny protestantyzm mówi, że liczba wybranych ku zbawieniu ludzi jest na zawsze ustalona i nie może zostać ani zwiększona ani zmniejszona (Westminsterskie Wyznanie Wiary 3.4). Nikt z owych wybranych nigdy nie odpadnie od łaski ponieważ Słowo Boże nie może być złamane (Jn 10,27-29; Rzym 8,35-39). Jeśli Bóg wypowiada Swoje słowa o nich (każda z owiec jest chroniona mocą Chrystusa) to nic i nikt owego Słowa nie jest w stanie złamać. Biblia uczy, że kość Chrystusa nie mogła być złamana (Jn 19,36). Nie dlatego, że jakościowo była to inna kość od naszych. Raczej Bóg w opatrznościowy sposób chronił ją przed złamaniem. Słowo Boże nie mogło być złamane. Dzięki Bożym dekretom i opatrznościowemu działaniu podobnie wybrani są całkowicie bezpieczni i zachowają wiarę aż do końca, choć sami z siebie nie są jakościowo innymi ludźmi i mają tendencję do grzechu.
Jednak nie wszyscy uczestnicy Nowego Przymierza są indywidualnie wybrani ku zbawieniu. Nie każdy z nich wytrwa. Nowy Testament jest pełen ostrzeżeń skierowanych do wierzących w Nowym Przymierzu. Podeptanie krwi, którą się było uświęconym i złamanie Nowego Przymierza jest całkiem możliwym i realnym grzechem. Ostrzeżenia Bożego Słowa w żadnej mierze nie mogą być uważane za hipotetyczne (Jn 15,2; Rzym 11,22; Hbr 3,12; 6,4-6; 10,29).
Różnica między tymi, którzy będą zachowani przez Boga dzięki Jego łasce, a tymi, którzy nie wytrwają jest realna, lecz znana jedynie Bogu (5 Mj 29,29). Nie naszą rzeczą jest wnikać w odwieczne Boże postanowienia i zajmować się introspekcją ludzkich serc. Co jednak jest istotne to fakt, że klasyczny protestantyzm zawsze wyznawał doktrynę zachowania tych, których Bóg w swojej przedwiecznej mądrości postanowił zbawić.
W przeciwieństwie do tego podejścia Rzymski Katolicyzm uczy, że śmiertelny grzech może być popełniony przez kogokolwiek i jeśli człowiek umrze nie znajdując się w stanie łaski uświęcającej (bez otrzymanego przebaczenia) będzie potępiony. Kościół Rzymskokatolicki, podobnie jak klasyczny protestantyzm wierzy jednak w doktrynę zachowania, wytrwania. Różnica jest jednak kluczowa. Według rzymskokatolickiej teologii owo wytrwanie (i zachowanie od błędu) dotoczy Kościoła Rzymskokatolickiego, nie zaś jakichkolwiek jednostek w jego szeregach. Nie istnieje żadna określona przez Boga liczba wybranych, których Bóg skutecznie zbawił. Historyczna protestancka wiara podążając za nauczaniem Pisma Św. odwraca to. Świecznik każdego lokalnego Kościoła może zostać poruszony, a sam Kościół może stać się synagogą Szatana. To jest możliwe (Obj 2,5.9; 3,16). Jednak z całą pewnością wybrani (predestynowani) nigdy od wiary nie odpadną.
Kościół Rzymskokatolicki naucza, że nie ma takich jednostek, które byłyby chronione mocą Trójcy Św. aż do śmierci. Wytrwanie i zachowanie w wierze jest przywilejem jedynie Kościoła Katolickiego, który postrzega siebie nie jako jedną z wielu tradycji i nurtów chrześcijaństwa (Kościoła Powszechnego), lecz jako jedynego sukcesora i strażnika prawdziwej wiary.
Który Kościół nie przestanie być filarem i podwaliną prawdy?
Katolicyzm i Protestantyzm zgadzają się w tym, że Powszechny Kościół nigdy nie odpadnie od Bożej łaski i nigdy nie przestanie być Kościołem Chrystusa. Różnią się jednak co do definicji owego Kościoła. Kościół Rzymskokatolicki zawęża pojęcie Kościoła Powszechnego do własnej tradycji wyznaniowej, który to zabieg nie ma zbyt wiele wspólnego z katolickością. Twierdzenie „tylko u nas jest pełnia środków zbawienia” nie jest niczym nowym w chrześcijaństwie. Co jakiś czas w Kościele pojawiają się ekskluzywistyczne grupy o sekciarskiej mentalności („tylko my”). Protestantyzm postrzega Kościół szerzej – jako Ciało zrzeszające różnorodne tradycje i gałęzie (parafie, zbory) chrześcijaństwa, które w jednym Duchu łączy jeden Pan (Ojciec, Syn i Duch Św.), jedna wiara i jeden chrzest ( 1 Kor 12,14; Ef 4,5). To są fundamenty jedności.
Kościół Powszechny nigdy nie przestanie być filarem i podwaliną prawdy (1 Tm 3,15). Do powtórnego przyjścia Chrystusa jest i będzie Ciałem Chrystusowym. Jedynie w tym znaczeniu możemy mówić o jego nieomylności. W tym sensie nieomylność Kościoła oznacza jego zachowanie. Podążając za ilustracją Ap. Pawła w Liście do Rzymian 11, zachowanie dotyczy drzewa oliwnego, nie zaś poszczególnych gałęzi (którymi prócz jednostek są również poszczególne parafie, zbory, denominacje).
Zachowanie Kościoła Powszechnego nie oznacza jednak, że nigdy nie popadnie on w błąd, lub, że wszystkie twierdzenia dogmatyczne Kościoła mocą danego mu autorytetu są słuszne i prawdziwe. Biblia nie naucza o bezbłędności Kościoła lecz bezbłędności Słowa Bożego. Oczywiście Kościół dojrzewając dorasta w mądrości i w poznaniu Boga. Powinniśmy jednak spodziewać się, że wyznania wiary i ustalenia Soborów czasami będą zawierać błędy. Musimy z całą gotowością badać Pisma czy tak się rzeczy mają (Dz.Ap 17,11). Zatem pytanie dotyczące np. Soborów nie brzmi: czy był to Sobór powszechny, ekumeniczny, którego decyzje dotyczyły całego Kościoła, lecz czy ustalenia tego Soboru są słuszne i zgodne z Bożym Słowem. Nie przyjmujemy prawdy o Trójcy Św. dlatego, że Sobór w Nieci w 325 r. opowiedział się za nią. Wierzymy w Trójjedynego Boga dlatego, że wyraźnie naucza na ten temat Pismo Św. i przyjmujemy ustalenia Soboru Nicejskiego ponieważ są z nim zgodne. Powinniśmy być Kościołowi wdzięczni za jego mądrość i dorobek, za jego zwięzłe i klarowne sformułowania np. o Trójcy Św. Musimy jednak pamiętać, że to sformułowania Pisma Św. a nie orzeczenia Kościoła stanowią w ostateczności treść naszej wiary.
Zachowanie Kościoła nie oznacza jego bezbłędności
Tak jak może mylić się lokalny zbór (parafia), tak może się mylić Synod lub Sobór. Nawet Sobór ekumeniczny, np. Siódmy Sobór Ekumeniczny w Nicei w 787 r. dotyczący kultu ikon.
Niekiedy Kościół Katolicki zarzuca protestantom, że bardzo wybiórczo podchodzą do orzeczeń wczesnych Soborów i np. odrzucają ustalenia Soboru w Nicei z 787 r. mimo iż miał on wymiar ekumeniczny (powszechny). Protestantyzm czyniąc w ten sposób rozpoznaje jednak nadrzędność Pisma Św. nad Soborami. Stad też ono (a nie twierdzenia Kościoła) jest kryterium rozstrzygającym o prawdziwości orzeczeń ludzkich.
Wcześniejszy Synod w Konstantynopolu w 754 r. stwierdził, że ponieważ Chrystus jest Bogiem i Człowiekiem w jednej Osobie i nie jest możliwym sporządzenie jego prawdziwego obrazu, to wszystkie obrazy Chrystusa są przejawem bałwochwalstwa i złamaniem Drugiego Przykazania. Nawiasem mówiąc sadzę, że ów Synod się mylił w tej kwestii ponieważ gdybyśmy mieli aparat w 26 r. n.e. to nie byłoby nic grzesznego w robieniu Jezusowi zdjęć. Same wizerunki Chrystusa nie są czymś złym i niebiblijnym. Grzechem byłoby stawianie ich jako obiektów kultu.
W Starym Testamencie sporządzanie wizerunków Boga było zakazane ponieważ nikt z ludzi Boga nie widział. Po wcieleniu Syna Bożego pewne rzeczy się zmieniły. Oczywiście nie to, że obecnie w Nowym Przymierzu możemy praktykować kult obrazów, lecz to, że nie jest niczym złym namalowanie Jezusa (np. w Biblii obrazkowej dla dzieci). Tutaj późniejszy Sobór w Nicei z 787 r. miał rację. Sztuka sakralna nie jest zła sama w sobie i powinna zachwycać swoim pięknem i dostojeństwem. Historyczny protestantyzm nigdy nie był przeciwny sztuce. Twierdził natomiast, że z dzieł sztuki (np. sakralnej) nie powinniśmy czynić obiektów lub narzędzi kultu religijnego.
Ojcowie Soboru w Nicei nie mieli jednak racji co do stwierdzeń na temat kultu i czczenia Boga poprzez obrazy i ikony. To nigdy nie było i nie jest aprobowanym przez Boga sposobem chwalenia Go.
Choć spora część chrześcijan uczestniczących w Synodzie w 754 r. nie zgodziła się z ustaleniami Soboru w Nicei, to jednak załóżmy, że do 900 r. cały ówczesny Kościół przyjął ustalenia dotyczące kultu ikon. W każdej ówczesnej parafii ikony i obrazy byłyby elementem kultu religijnego. Oczywiście dla Kościoła Katolickiego byłby to argument rozstrzygający jakikolwiek spór: Kościół orzekł i z tego powodu jest to rzecz słuszna i wskazana. Co jako protestanci powinniśmy na to powiedzieć?
Po pierwsze, że każda ówczesna parafia popełnia grzech bałwochwalstwa stosując tą praktykę. To nie powinno nas dziwić ponieważ Kościół nie jest bezbłędny. Tak jak poszczególni chrześcijanie upadają w grzech, jak upadł Dawid, tak samo i Kościół może popaść w grzech i wyznawać błędną doktrynę. Czasami nawet w poważne odstępstwo, jak widzimy na przykładzie Izraela.
Po drugie - Kościół mimo tego grzechu wciąż pozostawał Kościołem Chrystusa. Nigdy nie przestał nim być. Był to Kościół tkwiący w poważnym błędzie, ale wciąż Kościół. Dawid nie stracił zbawienia kiedy popadł w grzech i błędy. Podobnie Kościół Powszechny nigdy nie przestanie być instrumentem i środkiem łaski dla grzeszników z powodu błędów i własnych grzechów
Po trzecie - Kościół pokutował ze swoich wcześniejszych grzechów i błędów w czasach Reformacji. Ci, którzy podążają śladami reformacji reprezentują „Prawdziwą Tradycję” Kościoła. Oczywiście również dziś potrzebujemy ciągłej reformacji, oczyszczenia i pokuty ponieważ Kościół wciąż jest pełen błędów i grzechów. Oby dobry Bóg pomógł nam je dostrzec i porzucić.
Historyczny protestantyzm mówi, że liczba wybranych ku zbawieniu ludzi jest na zawsze ustalona i nie może zostać ani zwiększona ani zmniejszona (Westminsterskie Wyznanie Wiary 3.4). Nikt z owych wybranych nigdy nie odpadnie od łaski ponieważ Słowo Boże nie może być złamane (Jn 10,27-29; Rzym 8,35-39). Jeśli Bóg wypowiada Swoje słowa o nich (każda z owiec jest chroniona mocą Chrystusa) to nic i nikt owego Słowa nie jest w stanie złamać. Biblia uczy, że kość Chrystusa nie mogła być złamana (Jn 19,36). Nie dlatego, że jakościowo była to inna kość od naszych. Raczej Bóg w opatrznościowy sposób chronił ją przed złamaniem. Słowo Boże nie mogło być złamane. Dzięki Bożym dekretom i opatrznościowemu działaniu podobnie wybrani są całkowicie bezpieczni i zachowają wiarę aż do końca, choć sami z siebie nie są jakościowo innymi ludźmi i mają tendencję do grzechu.
Jednak nie wszyscy uczestnicy Nowego Przymierza są indywidualnie wybrani ku zbawieniu. Nie każdy z nich wytrwa. Nowy Testament jest pełen ostrzeżeń skierowanych do wierzących w Nowym Przymierzu. Podeptanie krwi, którą się było uświęconym i złamanie Nowego Przymierza jest całkiem możliwym i realnym grzechem. Ostrzeżenia Bożego Słowa w żadnej mierze nie mogą być uważane za hipotetyczne (Jn 15,2; Rzym 11,22; Hbr 3,12; 6,4-6; 10,29).
Różnica między tymi, którzy będą zachowani przez Boga dzięki Jego łasce, a tymi, którzy nie wytrwają jest realna, lecz znana jedynie Bogu (5 Mj 29,29). Nie naszą rzeczą jest wnikać w odwieczne Boże postanowienia i zajmować się introspekcją ludzkich serc. Co jednak jest istotne to fakt, że klasyczny protestantyzm zawsze wyznawał doktrynę zachowania tych, których Bóg w swojej przedwiecznej mądrości postanowił zbawić.
W przeciwieństwie do tego podejścia Rzymski Katolicyzm uczy, że śmiertelny grzech może być popełniony przez kogokolwiek i jeśli człowiek umrze nie znajdując się w stanie łaski uświęcającej (bez otrzymanego przebaczenia) będzie potępiony. Kościół Rzymskokatolicki, podobnie jak klasyczny protestantyzm wierzy jednak w doktrynę zachowania, wytrwania. Różnica jest jednak kluczowa. Według rzymskokatolickiej teologii owo wytrwanie (i zachowanie od błędu) dotoczy Kościoła Rzymskokatolickiego, nie zaś jakichkolwiek jednostek w jego szeregach. Nie istnieje żadna określona przez Boga liczba wybranych, których Bóg skutecznie zbawił. Historyczna protestancka wiara podążając za nauczaniem Pisma Św. odwraca to. Świecznik każdego lokalnego Kościoła może zostać poruszony, a sam Kościół może stać się synagogą Szatana. To jest możliwe (Obj 2,5.9; 3,16). Jednak z całą pewnością wybrani (predestynowani) nigdy od wiary nie odpadną.
Kościół Rzymskokatolicki naucza, że nie ma takich jednostek, które byłyby chronione mocą Trójcy Św. aż do śmierci. Wytrwanie i zachowanie w wierze jest przywilejem jedynie Kościoła Katolickiego, który postrzega siebie nie jako jedną z wielu tradycji i nurtów chrześcijaństwa (Kościoła Powszechnego), lecz jako jedynego sukcesora i strażnika prawdziwej wiary.
Który Kościół nie przestanie być filarem i podwaliną prawdy?
Katolicyzm i Protestantyzm zgadzają się w tym, że Powszechny Kościół nigdy nie odpadnie od Bożej łaski i nigdy nie przestanie być Kościołem Chrystusa. Różnią się jednak co do definicji owego Kościoła. Kościół Rzymskokatolicki zawęża pojęcie Kościoła Powszechnego do własnej tradycji wyznaniowej, który to zabieg nie ma zbyt wiele wspólnego z katolickością. Twierdzenie „tylko u nas jest pełnia środków zbawienia” nie jest niczym nowym w chrześcijaństwie. Co jakiś czas w Kościele pojawiają się ekskluzywistyczne grupy o sekciarskiej mentalności („tylko my”). Protestantyzm postrzega Kościół szerzej – jako Ciało zrzeszające różnorodne tradycje i gałęzie (parafie, zbory) chrześcijaństwa, które w jednym Duchu łączy jeden Pan (Ojciec, Syn i Duch Św.), jedna wiara i jeden chrzest ( 1 Kor 12,14; Ef 4,5). To są fundamenty jedności.
Kościół Powszechny nigdy nie przestanie być filarem i podwaliną prawdy (1 Tm 3,15). Do powtórnego przyjścia Chrystusa jest i będzie Ciałem Chrystusowym. Jedynie w tym znaczeniu możemy mówić o jego nieomylności. W tym sensie nieomylność Kościoła oznacza jego zachowanie. Podążając za ilustracją Ap. Pawła w Liście do Rzymian 11, zachowanie dotyczy drzewa oliwnego, nie zaś poszczególnych gałęzi (którymi prócz jednostek są również poszczególne parafie, zbory, denominacje).
Zachowanie Kościoła Powszechnego nie oznacza jednak, że nigdy nie popadnie on w błąd, lub, że wszystkie twierdzenia dogmatyczne Kościoła mocą danego mu autorytetu są słuszne i prawdziwe. Biblia nie naucza o bezbłędności Kościoła lecz bezbłędności Słowa Bożego. Oczywiście Kościół dojrzewając dorasta w mądrości i w poznaniu Boga. Powinniśmy jednak spodziewać się, że wyznania wiary i ustalenia Soborów czasami będą zawierać błędy. Musimy z całą gotowością badać Pisma czy tak się rzeczy mają (Dz.Ap 17,11). Zatem pytanie dotyczące np. Soborów nie brzmi: czy był to Sobór powszechny, ekumeniczny, którego decyzje dotyczyły całego Kościoła, lecz czy ustalenia tego Soboru są słuszne i zgodne z Bożym Słowem. Nie przyjmujemy prawdy o Trójcy Św. dlatego, że Sobór w Nieci w 325 r. opowiedział się za nią. Wierzymy w Trójjedynego Boga dlatego, że wyraźnie naucza na ten temat Pismo Św. i przyjmujemy ustalenia Soboru Nicejskiego ponieważ są z nim zgodne. Powinniśmy być Kościołowi wdzięczni za jego mądrość i dorobek, za jego zwięzłe i klarowne sformułowania np. o Trójcy Św. Musimy jednak pamiętać, że to sformułowania Pisma Św. a nie orzeczenia Kościoła stanowią w ostateczności treść naszej wiary.
Zachowanie Kościoła nie oznacza jego bezbłędności
Tak jak może mylić się lokalny zbór (parafia), tak może się mylić Synod lub Sobór. Nawet Sobór ekumeniczny, np. Siódmy Sobór Ekumeniczny w Nicei w 787 r. dotyczący kultu ikon.
Niekiedy Kościół Katolicki zarzuca protestantom, że bardzo wybiórczo podchodzą do orzeczeń wczesnych Soborów i np. odrzucają ustalenia Soboru w Nicei z 787 r. mimo iż miał on wymiar ekumeniczny (powszechny). Protestantyzm czyniąc w ten sposób rozpoznaje jednak nadrzędność Pisma Św. nad Soborami. Stad też ono (a nie twierdzenia Kościoła) jest kryterium rozstrzygającym o prawdziwości orzeczeń ludzkich.
Wcześniejszy Synod w Konstantynopolu w 754 r. stwierdził, że ponieważ Chrystus jest Bogiem i Człowiekiem w jednej Osobie i nie jest możliwym sporządzenie jego prawdziwego obrazu, to wszystkie obrazy Chrystusa są przejawem bałwochwalstwa i złamaniem Drugiego Przykazania. Nawiasem mówiąc sadzę, że ów Synod się mylił w tej kwestii ponieważ gdybyśmy mieli aparat w 26 r. n.e. to nie byłoby nic grzesznego w robieniu Jezusowi zdjęć. Same wizerunki Chrystusa nie są czymś złym i niebiblijnym. Grzechem byłoby stawianie ich jako obiektów kultu.
W Starym Testamencie sporządzanie wizerunków Boga było zakazane ponieważ nikt z ludzi Boga nie widział. Po wcieleniu Syna Bożego pewne rzeczy się zmieniły. Oczywiście nie to, że obecnie w Nowym Przymierzu możemy praktykować kult obrazów, lecz to, że nie jest niczym złym namalowanie Jezusa (np. w Biblii obrazkowej dla dzieci). Tutaj późniejszy Sobór w Nicei z 787 r. miał rację. Sztuka sakralna nie jest zła sama w sobie i powinna zachwycać swoim pięknem i dostojeństwem. Historyczny protestantyzm nigdy nie był przeciwny sztuce. Twierdził natomiast, że z dzieł sztuki (np. sakralnej) nie powinniśmy czynić obiektów lub narzędzi kultu religijnego.
Ojcowie Soboru w Nicei nie mieli jednak racji co do stwierdzeń na temat kultu i czczenia Boga poprzez obrazy i ikony. To nigdy nie było i nie jest aprobowanym przez Boga sposobem chwalenia Go.
Choć spora część chrześcijan uczestniczących w Synodzie w 754 r. nie zgodziła się z ustaleniami Soboru w Nicei, to jednak załóżmy, że do 900 r. cały ówczesny Kościół przyjął ustalenia dotyczące kultu ikon. W każdej ówczesnej parafii ikony i obrazy byłyby elementem kultu religijnego. Oczywiście dla Kościoła Katolickiego byłby to argument rozstrzygający jakikolwiek spór: Kościół orzekł i z tego powodu jest to rzecz słuszna i wskazana. Co jako protestanci powinniśmy na to powiedzieć?
Po pierwsze, że każda ówczesna parafia popełnia grzech bałwochwalstwa stosując tą praktykę. To nie powinno nas dziwić ponieważ Kościół nie jest bezbłędny. Tak jak poszczególni chrześcijanie upadają w grzech, jak upadł Dawid, tak samo i Kościół może popaść w grzech i wyznawać błędną doktrynę. Czasami nawet w poważne odstępstwo, jak widzimy na przykładzie Izraela.
Po drugie - Kościół mimo tego grzechu wciąż pozostawał Kościołem Chrystusa. Nigdy nie przestał nim być. Był to Kościół tkwiący w poważnym błędzie, ale wciąż Kościół. Dawid nie stracił zbawienia kiedy popadł w grzech i błędy. Podobnie Kościół Powszechny nigdy nie przestanie być instrumentem i środkiem łaski dla grzeszników z powodu błędów i własnych grzechów
Po trzecie - Kościół pokutował ze swoich wcześniejszych grzechów i błędów w czasach Reformacji. Ci, którzy podążają śladami reformacji reprezentują „Prawdziwą Tradycję” Kościoła. Oczywiście również dziś potrzebujemy ciągłej reformacji, oczyszczenia i pokuty ponieważ Kościół wciąż jest pełen błędów i grzechów. Oby dobry Bóg pomógł nam je dostrzec i porzucić.
Jedność Kościoła w oczach protestanta - Paweł Bartosik
Grzechy przeciwko jedności
Grzechy przeciwko jedności Kościoła są jednymi z najczęściej popełnianych przez chrześcijan każdego wyznania i każdej tradycji Kościoła powszechnego. Duch podziału przejawia się w separacji, izolacjonizmie, wszczynaniu sporów, przekonaniu, że Kościół Jezusa Chrystusa ogranicza się do denominacji definiujących w jednakowy sposób np. takie pojęcia jak:
- usprawiedliwienie
- sukcesja apostolska
- eucharystia (lub komunia)
- chrzest
- utracalność/nieutracalność zbawienia
- mówienie językami i prorokowanie
Ciało Chrystusa jest jedno, choć różnorodne. Podobnie jak nasze ciała. Nie wszystkie członki wyglądają jak ręce, lecz nikt nie uważa, że z tego powodu nie są członkami tego samego ciała. Dojrzałość polega na dostrzeżeniu faktu, że w Kościele Powszechnym (ciele) istnieje różnorodność jego spuścizny historycznej, teologicznej czy liturgicznej.
Ustawiczna krytyka dążeń do wypracowania jakichkolwiek płaszczyzn współpracy między Kościołami jest postawą demoniczną i nie mającą nic wspólnego z duchem Ewangelii. Jest grzechem przeciwko jedności Kościoła. Niestety wielu chrześcijan przekonanych o wyjątkowości własnej tradycji konfesyjnej (wyznaniowej) za miarę ortodoksyjności stawia jak najbardziej negatywny stosunek do innych Kościołów lub nurtów mających na celu ekumeniczną współpracę (z gr. oikumene – powszechny). Wedle tego spojrzenia, Kościół, który chce zachować swoją czystość i upodobanie w Bożych oczach powinien stronić jak najdalej od tych, którzy używają mniej wody podczas chrztu lub nie dostrzegają w innych Kościołach (oraz w ekumenicznej współpracy) apokaliptycznej Wielkiej Wszetecznicy. Charles Spurgeon, jeden z największych protestanckich kaznodziejów brytyjskich (z XIX w.) podczas swoich nabożeństw modlił się o ewangelizację prowadzoną przez D.L. Moody’ego oraz I.D. Sankeya mimo iż różnił się z nimi teologicznie z wielu istotnych aspektach.
Oczywiście jedność w Ludzie Bożym powinna być budowana na prawdzie, a nie pomimo jej braku. Powinniśmy z pokorą w kontekście współzależności dyskutować o tym co nas łączy oraz dzieli i szukać odpowiedzi w Piśmie Św. Słowo Boże jest ostre niczym miecz obosieczny i jest w stanie nas pouczyć oraz rozsądzić prawdziwość naszych myśli, przekonań (Hbr 4,12). Jeśli Pismo wzywa nas do obrony naszych przekonań wobec niewierzących w duchu łagodności i szacunku, o ileż bardziej powinniśmy mieć podobną postawę wobec chrześcijan z innych Kościołów (1 Pt 3,15-16).
Tak jak Biblia wzywa do rozwiązywania osobistych niesnasek pomiędzy chrześcijanami (Mt 5,23-24) podobnie jako poszczególne Kościoły (i wyznawcy różnych tradycji w chrześcijaństwie) powinniśmy dążyć do zrozumienia i pokoju pomiędzy sobą nawzajem (Rzym 12,18; 14,19). Tak jak tylko potrafimy powinniśmy budować ową jedność tam gdzie możemy, np. w jednomyślnym stanowisku wobec aborcji, homoseksualnych małżeństw czy angażując się w projekty, które służą dobru i umocnieniu całego Kościoła Powszechnego, np. wspólna szkoła chrześcijańska.
Wszystko jedno który Kościół?
Zrozumienie nie oznacza jednak akceptacji błędów, a nawet grzechów poszczególnych chrześcijan oraz Kościołów. Mimo wspólnej wiary w Trójjedynego Boga i wspólnego chrztu, który scala chrześcijan w jeden, powszechny Kościół, pewne jego nurty mogą znajdować się bliżej lub dalej wzorca, który znajdujemy w Bożym Słowie. Pan Jezus Chrystus w Apokalipsie Św. Jana ostrzega całe Kościoły przed sądem i „wypluciem z ust” oraz wzywa je do upamiętania (Obj 3,16.19). „Świecznik” Kościoła w Efezie (Obj 2,5) został zdjęty przez Pana Jezusa Chrystusa i po tamtejszym Kościele nie pozostało nic poza turystami zwiedzającymi starożytne ruiny.
Odpowiedzialnością każdego z chrześcijan jest poszukiwanie takiego środowiska wzrostu (Kościoła), które wyznaje, praktykuje i naucza w możliwie najwierniejszy sposób prawdy zawarte w Piśmie Św. Przykładem może być dla nas podzielony Kościół Starego Testamentu. Królestwo Izraela i Judy wspólnie tworzyły jeden naród wybrany – Lud Boży. Mimo napięć, podziałów, grzechów, które popełniano w obu Królestwach – powszechność i jedność Kościoła była faktem. Nie oznaczało to jednak, że tak naprawdę to wszystko jedno jaki był duchowy stan środowiska, w którym Izraelita się znajdował. Odpowiedzialnością każdego z członków Ludu Bożego było odciąć się od tego co złe i grzeszne (bałwochwalstwa, błędnych nauk, małżeństw z obcoplemiennym narodami itp.).
Steve Schlissel, pastor Messiah’s Covenant Community Church w Nowym Jorku napisał: „Kościół to organizm, żywa jednostka mająca więź z Chrystusem, jego Głową. Tak jak człowiek może być mniej lub bardziej obdarowany, mniej lub bardziej zdrowy, mniej lub bardziej aktywny – podobnie ma się rzecz z kościołem. Nie traktujemy chorych ludzi jako nie-ludzi. Przeciwnie, traktujemy ich jako będących w wielkiej potrzebie okazywania im serdecznej troski. Rozważmy zmianę w naszej postawie jaka miałaby miejsce jeśli zastosowalibyśmy ową metaforę do Kościoła. Z pewnością bylibyśmy wówczas bardziej skłonni do troski niż do pogrzebywania. Oczywiście może się zdarzyć, że ciało (organizm) jest zainfekowane i zaczyna szerzyć infekcję do jego poszczególnych części. Wówczas wierzący (przenosząc to na grunt Kościoła) nie mają żadnego obowiązku narażać siebie i swoich dzieci na infekcję. Lecz ich odejściu od gospodarza nie powinno towarzyszyć stwierdzenie, że poprzedni gospodarz właśnie umarł lub jest fałszywy”.[1]
Błogosławieństwo podziałów
Bóg jest Jeden w Trzech Osobach, dlatego zarówno jedność, jak i wielość (rozróżnienie) są dobre i wskazane. Powinny być pożądane we właściwym kontekście. Nie każda jedność (np. wieża Babel, zniesienie różnic wynikających z odmienności płci, jedność Kościoła w fałszywej doktrynie itd.), podobnie jak nie każda różnorodność (np. co do opinii nt. bóstwa Chrystusa) podoba się Bogu. Ap. Paweł wspomina o dobrych skutkach niektórych podziałów nawet między chrześcijanami. „Słyszę bowiem najpierw, że gdy się jako zbór schodzicie, powstają między wami podziały; i po części temu wierzę. Zresztą, muszą nawet być rozdwojenia między wami, aby wyszło na jaw, którzy wśród was są prawdziwymi chrześcijanami” (1 Kor. 11,18-19). Podziały służą niekiedy oczyszczeniu Kościoła z obłudników lub chrześcijan lekceważących Boże Słowo oraz swoją więź z Chrystusem. Mają więc one niekiedy dobre skutki i Chrystus używa niektórych podziałów by ratować Swoje Ciało przed infekcją „letnich” chrześcijan lub hipokrytów będących jego częścią.
Podziały, które nie mają upodobania w Bożych oczach powinny nas boleć, jednak pamiętajmy, że dzisiejszy Kościół wciąż zmierza „do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do męskiej doskonałości, i dorasta do wymiarów pełni Chrystusowej” (Ef 4,13). Jest to jedno z zadań osób posługujących w kościele (w.11-12).
Wierny pastor (ksiądz) swoją służbą powinien przyczyniać się do prawdziwej (biblijnej) jedności. Niedbały pastor (ksiądz) lekceważy oraz niszczy ową jedność. Tam gdzie owa jedność jest budowana w biblijny sposób (a nie polityczny lub marketingowy) – tam chrześcijanie nie są miotani i prowadzeni na manowce przez teleewangelistów lub sprzeczny z Pismem powiew doktryn formułowanych przez magisterium. Trud prawdziwej jedności nie przychodzi poprzez ciepły uśmiech i przymykanie oczu na różnice. Pasterz, który toleruje wilki w swoim stadzie jest pasterzem, który nienawidzi własnych owiec. Pasterz, który kocha swoje owce jest pasterzem, który walczy z wilkami. Oczywiście wilki w owczych ubraniach nie lubią tego. Zazwyczaj wówczas podnoszą głośny płacz wołając: „Jedność!”
Jedność jako fakt i wyzwanie
Mimo izolacjonistycznej mentalności wielu chrześcijan jedność Kościoła Powszechnego jest faktem. Fundamentem owej jedności jest jeden Pan, jedna wiara i jeden chrzest (Ef 4,5). Prawdziwy Kościół wyznaje Chrystusa jako Syna Bożego, Drugą Osobę Trójcy Św. Uznaje depozyt wiary przekazany przez apostołów i proroków w Piśmie oraz praktykuje i rozpoznaje jako ważny chrzest udzielany w imię Ojca, Syna i Ducha Św. Apostoł Paweł wymieniając podstawy owej jedności nie wskazuje na jedność strukturalną, lecz jedność Ducha, którym jesteśmy spojeni jako członki tego samego Ciała. Na jego liście nie ma ani ekumenicznej centralnej kwatery w Nowym Jorku, ani jednego, świętego biskupa w Rzymie. Jest jeden Pan, jedna wiara i jeden chrzest. Oczywiście strukturalna jedność jest czymś dobrym i właściwym, lecz czy powinniśmy ją uważać za fundament jedności, o której tak często mówi Pismo Św.? Czy strukturalna jedność jest podstawą czy końcowym owocem biblijnych dążeń w kierunku zachowania jedności? Pismo Św. wzywa chrześcijan nie tyle do tworzenia jedności, co raczej jej zachowywania (Ef 4,3). To oznacza, że jedność jest faktem, zaś jej fundamentem jest jeden Duch, który łączy nas w jedno Ciało (Kościół) poprzez jeden chrzest. „Bo też w jednym Duchu wszyscy zostaliśmy ochrzczeni w jedno ciało - czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni, i wszyscy zostaliśmy napojeni jednym Duchem” (1 Kor. 12,13).
Jedność to jednak nie tylko fakt, ale i wyzwanie. Mamy przyczyniać się do zachowywania jedności ponieważ zależy na niej Chrystusowi. Nicejskie Wyznanie Wiary (325 r.) formułując prawdy nt. Kościoła stwierdza, że jest on m.in. jeden oraz powszechny.
Co to znaczy, że Kościół jest jeden? To oznacza, że nie ma dwóch (lub więcej) Kościołów. Jest jeden. Bóg związał się w szczególny sposób ze Swoim Kościołem i poza jego społecznością nie ma zbawienia. Ojcowie nazywali go „Matką Kościołem”, z którą Bóg jako nasz Ojciec związał się w szczególny sposób. Nie ma dwóch Kościołów z dwoma listami członków. Kościół zawsze jest jeden oraz widzialny.
Jezus Chrystus modlił się o jedność Kościoła. I nie chodziło Mu o jakąś niewidzialną jedność jakiegoś niewidzialnego Kościoła, lecz o jedność Kościoła widzialnego, która będąc odbiciem jedności między Ojcem, a Synem powinna być świadectwem dla świata. Zbyt często zdarza nam się zapominać, że filarem i podwaliną prawdy o której pisał Ap. Paweł do Tymoteusza (1 Tm 2,15) jest Kościół Powszechny (a nie Rzymskokatolicki, Prawosławny, Reformowany, Luterański czy Baptystyczny). Prawda jest w Chrystusie. On jest Głową Kościoła Powszechnego, w którego skład wchodzą wszyscy ochrzczeni (w imię Trójjedynego Boga) wyznający Chrystusa chrześcijanie zrzeszeni w poszczególnych zborach i parafiach. Owa jedność niekoniecznie oznacza ujednolicenie struktur organizacyjnych, wszystkich zwyczajów lub czynności liturgicznych.
Co to znaczy, że Kościół jest powszechny? To oznacza, że nie jest ograniczony do jednego miejsca, narodu, czy nawet wyznania. W tej sferze często zdarza nam się myśleć w izolacjonistyczny (by nie powiedzieć w sekciarski) sposób. I dotyczy to zarówno strony protestanckiej, jak i katolickiej. Kościoły Protestanckie często ograniczają Kościół Powszechny do kilkunastu wyznań powstałych na gruncie XVI-wiecznej reformacji. Nierzadko spotkać można tzw. „biblijne” Kościoły, które w swoich wyznaniach wiary lubują się w akcentowaniu własnej odrębności konfesyjnej. Swoje specyficzne cechy wolą wymieniać na samym początku niż na końcu listy wyznawanych doktryn (np. podejście do ekumenii, sposobu chrztu)
Problem z biblijnym spojrzeniem na powszechność Kościoła ma także Kościół Rzymskokatolicki, który naucza, że częścią Kościoła Powszechnego są jedynie te Kościoły, które postrzegają (i zachowują) sukcesję apostolską w sposób zgodny ze spojrzeniem rzymskokatolickim. Wspólnoty protestanckie mają w sobie pewne namiastki Kościoła, jednak według rzymskokatolickiej teologii Kościołami w pełnym tego słowa znaczeniu nie są. Owo stanowisko potwierdza wydany w czerwcu 2007 dokument Kongregacji Nauki Wiary, który wypowiadając się na temat Kościołów Protestanckich stwierdza: „Wspólnoty te, powstałe po liczącej półtora tysiąclecia tradycji katolickiej, nie zachowały sukcesji apostolskiej w sakramencie święceń. Brakuje im zatem koniecznego elementu konstytutywnego, aby być Kościołem. Ze względu na brak kapłaństwa sakramentalnego nie utrzymały właściwej, pełnej rzeczywistości Misterium eucharystycznego. Dlatego według nauki katolickiej nie mogą być nazywane «Kościołami» we właściwym tego słowa znaczeniu”.[2] (podkr. aut.).
Nie jest tak źle
Z jednością Kościoła jest trochę jak z kobietą z Ewangelii chorą na krwotok. Im więcej lekarze się nią zajmowali, tym jej stan był gorszy (Mk 5,26). Im częściej przywódcy Kościoła postrzegają jedność w kategoriach strukturalnych i zabierają się za ich naprawę, tym wydaje się być z nią coraz gorzej. Dzieje się tak ponieważ wielu mylnie uważa, że prawdziwa jedność jest rezultatem podlegania jednolitym strukturom. Stąd też niektóre Kościoły „w trosce” o jedność dążą do „wchłonięcia” pozostałych denominacji. Warto jednak przyjrzeć się samym strukturom organizacyjnym współczesnego Kościoła by mieć jego realistyczny obraz.
Sytuacja współczesnego Kościoła nie wygląda tak tragicznie jak czasami wypowiadają się o niej szczególnie katoliccy apologeci (np. że istnieje 25 tys. denominacji protestanckich) podkreślający jedność ich Kościoła i przedstawiający go jako rzekomo nie podzielony monolit. W interesujący sposób podział na poszczególne gałęzie i tradycje wyznaniowe w Kościele przedstawia „World Christian Encyclopedia” autorstwa Davida Barretta. Zauważa on, że Kościół Prawosławny dzieli się na dziewiętnaście różnych tradycji, Rzymskokatolicki na szesnaście zaś Protestancki na dwadzieścia jeden. Gdyby nie liczyć w tym tradycji Kościoła Anglikańskiego – pozostałoby sześć. Wewnątrz każdej z tych tradycji można dokonywać kolejnych rozróżnień i systematyki. Jednak rozróżnienia na dalszym etapie nie są już aż tak kluczowe i istotne jak na poziomie trzech głównych nurtów. Jak widać – każda z głównych tradycji w chrześcijaństwie podlega różnorodności i podziałom, które niekoniecznie burzą jej fundamenty i przywiązanie do wspólnych wartości. Skala owych podziałów i różnic nie jest aż tak wielka jak przedstawiają ją niektórzy chrześcijanie lub, co ma miejsce o wiele częściej, niechrześcijanie.
Pismo zapowiada, że pewnego dnia Kościół stanie się doskonałym człowiekiem, czystą i nieskalaną Oblubienicą. Nie jest jeszcze doskonałym człowiekiem i nie powinniśmy oczekiwać, że stanie się nim na etapie dzieciństwa. Bóg jednak buduje świętą budowlę, która rośnie „do męskiej doskonałości”. Obecny stan Kościoła pielgrzymującego jest częścią Bożego planu, zgodnie z którym zmierza on ku chwalebnej przyszłości. Oczekiwanie od dzisiejszego Kościoła pełni Chrystusowej dojrzałości, zupełnej jedności wiary, męskiej doskonałości, o których pisał Ap. Paweł (Ef 4,13) jest oczekiwaniem błędnym. Wynika z nieumiejętności dostrzeżenia, że Duch Św. działa poprzez historię prowadząc Kościół ku dojrzałości i jedności w stopniowy sposób.
Jeden Kościół a reformacja
Reformatorzy bardzo poważnie podchodzili do kwestii jedności Kościoła. Już sam fakt, że Luter nie zamierzał tworzyć nowego wyznania, lecz oczyszczać istniejący Kościół wiele mówi na temat jego podejścia do jedności Ciała Chrystusowego. Postawa reformatora z Wittenbergii była przejawem przekonania, że każdy kto uznaje i kocha Boga jako Swego Ojca, ten uznaje i kocha Kościół jako Swoją Matkę. Oczywiście nie wszystko co czyniła owa Matka znajdowało uznanie w oczach jej dziecka. Są sytuacje gdy dzieci grzeszą wobec swojej matki. Czasami jednak matka popełnia grzechy wobec swoich dzieci. Tak też się stało w sytuacji ekskomuniki (oraz nieudanych zamachów na życie) niemieckiego reformatora.
Celem Lutra nie było wywoływanie rewolucji w Kościele ani dzielenie go. Jako młody zakonnik najzwyczajniej dostrzegał nadużycia moralne i doktrynalne pragnąc publicznej debaty na temat odpustów oraz biblijnego nauczania na temat usprawiedliwienia z wiary. Do debaty jednak nie doszło. Matka zignorowała i porzuciła swoje dziecko, które dostrzegło brak zgodności między nią, a Ojcem.
Kościół Katolicki zarzuca protestantom, że podzielili zachodnie chrześcijaństwo. Zazwyczaj do nas – współczesnych protestantów zupełnie nie trafiają (niestety) argumenty mówiące o powadze jedności i zgubnych skutkach dzielenia Kościoła. Uważamy, że Luter przede wszystkim chciał być wierny Chrystusowi w nauce o usprawiedliwieniu przez wiarę (nie z uczynków) dlatego zachowanie jedności Kościoła było dla niego mało ważne. Współcześnie przechodzimy dość lekko wobec dyskusji o jedność Kościoła ponieważ mamy dziś wiele denominacji i jest to dla nas stan normalny. Zastaliśmy Kościół w takim stanie i często mylnie sądzimy, że jest to coś czemu nie warto poświęcać uwagi. W wielu Kościołach neoprotestanckich wystarczy odmienne zdanie przywódców lub „objawienie” zwykłego członka by powstał nowy „Kościół”. Taka postawa to przejaw sekciarstwa i grzesznego schizmatyzmu.
Tymczasem wiele debat z czasów reformacji poświęconych było m.in. definicji widzialnego Kościoła ponieważ obie strony bardzo poważnie traktowały doktrynę o jedności Ciała Chrystusowego. Od XVI wieku pytanie o to gdzie jest prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa stało się niesłychane ważne. Do tamtej pory nie było problemów z odpowiedzią na nie. Kościół zachodni był strukturalnie jeden i czymś oczywistym było, że jest on Ciałem Chrystusa. Może niedoskonałym, może kulejącym – lecz nie było innego Kościoła na zachodzie.
Jakie były odpowiedzi obu stron na pytanie o cechy prawdziwego Kościoła? Kościół Rzymskokatolicki uważał (i uważa), że w pełni prawdziwym Kościołem jest wspólnota złączona strukturalnie z biskupem Rzymu jako namiestnikiem Jezusa Chrystusa i następcą Św. Piotra. Wedle tej koncepcji to właśnie Rzymskokatolicki Kościół jako istniejący od XXI-stuleci poprzez zachowanie sukcesji apostolskiej jest tym jedynym prawdziwym Kościołem Jezusa Chrystusa.
Reformatorzy dali odmienną odpowiedź: cechami prawdziwego Kościoła są wierne głoszenie Słowa Bożego oraz sprawowanie sakramentów. Prawdziwa sukcesja apostolska polega więc na poddaniu nauce apostolskiej spisanej w Piśmie Św. oraz sukcesji trynitarnego chrztu, który łączy chrześcijan różnych tradycji w jedno Ciało. W dyskusji protestanko-katolickiej chodziło (i wciąż chodzi) o to – kto jest kontynuatorem teologii Kościoła Nowego Przymierza istniejącego nieprzerwanie od ponad 2000 lat. Kto jest kontynuatorem myśli Ap. Pawła, Św. Augustyna czy Św. Anzelma, kto zaś jest nowinkarzem i sprowadza Kościół na manowce odchodząc od historycznej wiary Kościoła Powszechnego? Reformatorzy nie wymyślili nic nowego. Ich głównym założeniem był powrót do Pisma Św. jako źródła prawdy i jedności wiary. M. Luter, J. Kalwin, U. Zwingli zgodnie stwierdzili, że to Kościół Rzymskokatolicki głosi nowinki dodając własne (ludzkie) nauki do Biblii i sprowadza prosty lud na bezdroża błędów. Przywó
Chrystus pouczał przywódców w Izraelu, że fundamentem sukcesji Kościoła nie jest nałożenie rąk i wskazywanie siebie jako wiernych spadkobierców religii Abrahama i Mojżesza. „Nie myślcie, że Ja was będę oskarżał przed Ojcem; oskarża was Mojżesz, w którym wy złożyliście nadzieję. Gdybyście bowiem wierzyli Mojżeszowi, wierzylibyście i mnie. O mnie bowiem on napisał.” (Jn 5,45-46). „Wydawajcie więc owoce godne upamiętania. A nie próbujcie wmawiać w siebie: Ojca mamy Abrahama; powiadam wam bowiem, że Bóg może z tych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi” (Łk 3,8).
Głos Urzędu Nauczycielskiego Kościoła Starego Przymierza stał w opozycji wobec głosu Chrystusa. Nasz Pan mówił te słowa do prawowiernych (nie samozwańczych) przywódców Kościoła w Starym Przymierzu, wskazując, że prawdziwa sukcesja polega na naśladowaniu wiary Abrahama i Mojżesza, nie zaś na piastowaniu przechodniego urzędu, który w oczach uczonych w Piśmie gwarantował zachowanie czystości wiary.
Historyczny protestantyzm nie oddzielił się więc od Kościoła Jezusa Chrystusa, lecz jest jego kontynuacją, podobnie jak inne Kościoły Chrześcijańskie zachowujące jeden chrzest w imię Trójjedynego Boga oraz depozyt wiary przekazany w Piśmie Św., którego podstawy zostały sformułowane w Apostolskim (II w.) i Nicejskim Credo (325 r.) oraz na Soborze Chalcedońskim (451 r.).
Wspólne korzenie, różne gałązki
Zarówno Kościół Katolicki, Prawosławny jak i Protestancki łączy wspólna historia i wspólne korzenie. Każdy z owych nurtów w chrześcijaństwie wskazuje na Klemensa, Orygenesa, Augustyna czy Grzegorza Wielkiego jako na naszych wspólnych ojców w wierze. Ap. Paweł naucza, że dla chrześcijan w Koryncie ojcami wiary byli starotestamentowi Izraelici, których ciała zasłały pustynię (1 Kor 10,1-5). Wskazanie wspólnych korzeni i ojców wiary nie oznacza akceptacji wszystkiego co robili i w co wierzyli. Oznacza jednak powiązanie z jednym drzewem (Przymierzem), którego gałązki mogą być mniej lub bardziej zdrowe (Rzym 11,13-24). Niektóre zaś powinny być odcinane ze względu na stan drzewa i pozostałych gałązek (Rzym 11,21-22). Świadomość wspólnych korzeni i wspólnej historii powinny chronić poszczególne Kościoły przed mentalnością sekty („prawda przyszła wraz z nami i jest tylko u nas”). Chrystus kocha Kościół Powszechny i oddał zań samego siebie. To wzór dla nas. Powinniśmy podążać śladami Chrystusa żywiąc wobec Kościoła tę samą miłość, jednocześnie - jeśli zależy nam na jego dobru i czystości - nie przemilczając i nie ignorując popełnianych błędów, grzechów i nadużyć.
Grzechy przeciwko jedności Kościoła są jednymi z najczęściej popełnianych przez chrześcijan każdego wyznania i każdej tradycji Kościoła powszechnego. Duch podziału przejawia się w separacji, izolacjonizmie, wszczynaniu sporów, przekonaniu, że Kościół Jezusa Chrystusa ogranicza się do denominacji definiujących w jednakowy sposób np. takie pojęcia jak:
- usprawiedliwienie
- sukcesja apostolska
- eucharystia (lub komunia)
- chrzest
- utracalność/nieutracalność zbawienia
- mówienie językami i prorokowanie
Ciało Chrystusa jest jedno, choć różnorodne. Podobnie jak nasze ciała. Nie wszystkie członki wyglądają jak ręce, lecz nikt nie uważa, że z tego powodu nie są członkami tego samego ciała. Dojrzałość polega na dostrzeżeniu faktu, że w Kościele Powszechnym (ciele) istnieje różnorodność jego spuścizny historycznej, teologicznej czy liturgicznej.
Ustawiczna krytyka dążeń do wypracowania jakichkolwiek płaszczyzn współpracy między Kościołami jest postawą demoniczną i nie mającą nic wspólnego z duchem Ewangelii. Jest grzechem przeciwko jedności Kościoła. Niestety wielu chrześcijan przekonanych o wyjątkowości własnej tradycji konfesyjnej (wyznaniowej) za miarę ortodoksyjności stawia jak najbardziej negatywny stosunek do innych Kościołów lub nurtów mających na celu ekumeniczną współpracę (z gr. oikumene – powszechny). Wedle tego spojrzenia, Kościół, który chce zachować swoją czystość i upodobanie w Bożych oczach powinien stronić jak najdalej od tych, którzy używają mniej wody podczas chrztu lub nie dostrzegają w innych Kościołach (oraz w ekumenicznej współpracy) apokaliptycznej Wielkiej Wszetecznicy. Charles Spurgeon, jeden z największych protestanckich kaznodziejów brytyjskich (z XIX w.) podczas swoich nabożeństw modlił się o ewangelizację prowadzoną przez D.L. Moody’ego oraz I.D. Sankeya mimo iż różnił się z nimi teologicznie z wielu istotnych aspektach.
Oczywiście jedność w Ludzie Bożym powinna być budowana na prawdzie, a nie pomimo jej braku. Powinniśmy z pokorą w kontekście współzależności dyskutować o tym co nas łączy oraz dzieli i szukać odpowiedzi w Piśmie Św. Słowo Boże jest ostre niczym miecz obosieczny i jest w stanie nas pouczyć oraz rozsądzić prawdziwość naszych myśli, przekonań (Hbr 4,12). Jeśli Pismo wzywa nas do obrony naszych przekonań wobec niewierzących w duchu łagodności i szacunku, o ileż bardziej powinniśmy mieć podobną postawę wobec chrześcijan z innych Kościołów (1 Pt 3,15-16).
Tak jak Biblia wzywa do rozwiązywania osobistych niesnasek pomiędzy chrześcijanami (Mt 5,23-24) podobnie jako poszczególne Kościoły (i wyznawcy różnych tradycji w chrześcijaństwie) powinniśmy dążyć do zrozumienia i pokoju pomiędzy sobą nawzajem (Rzym 12,18; 14,19). Tak jak tylko potrafimy powinniśmy budować ową jedność tam gdzie możemy, np. w jednomyślnym stanowisku wobec aborcji, homoseksualnych małżeństw czy angażując się w projekty, które służą dobru i umocnieniu całego Kościoła Powszechnego, np. wspólna szkoła chrześcijańska.
Wszystko jedno który Kościół?
Zrozumienie nie oznacza jednak akceptacji błędów, a nawet grzechów poszczególnych chrześcijan oraz Kościołów. Mimo wspólnej wiary w Trójjedynego Boga i wspólnego chrztu, który scala chrześcijan w jeden, powszechny Kościół, pewne jego nurty mogą znajdować się bliżej lub dalej wzorca, który znajdujemy w Bożym Słowie. Pan Jezus Chrystus w Apokalipsie Św. Jana ostrzega całe Kościoły przed sądem i „wypluciem z ust” oraz wzywa je do upamiętania (Obj 3,16.19). „Świecznik” Kościoła w Efezie (Obj 2,5) został zdjęty przez Pana Jezusa Chrystusa i po tamtejszym Kościele nie pozostało nic poza turystami zwiedzającymi starożytne ruiny.
Odpowiedzialnością każdego z chrześcijan jest poszukiwanie takiego środowiska wzrostu (Kościoła), które wyznaje, praktykuje i naucza w możliwie najwierniejszy sposób prawdy zawarte w Piśmie Św. Przykładem może być dla nas podzielony Kościół Starego Testamentu. Królestwo Izraela i Judy wspólnie tworzyły jeden naród wybrany – Lud Boży. Mimo napięć, podziałów, grzechów, które popełniano w obu Królestwach – powszechność i jedność Kościoła była faktem. Nie oznaczało to jednak, że tak naprawdę to wszystko jedno jaki był duchowy stan środowiska, w którym Izraelita się znajdował. Odpowiedzialnością każdego z członków Ludu Bożego było odciąć się od tego co złe i grzeszne (bałwochwalstwa, błędnych nauk, małżeństw z obcoplemiennym narodami itp.).
Steve Schlissel, pastor Messiah’s Covenant Community Church w Nowym Jorku napisał: „Kościół to organizm, żywa jednostka mająca więź z Chrystusem, jego Głową. Tak jak człowiek może być mniej lub bardziej obdarowany, mniej lub bardziej zdrowy, mniej lub bardziej aktywny – podobnie ma się rzecz z kościołem. Nie traktujemy chorych ludzi jako nie-ludzi. Przeciwnie, traktujemy ich jako będących w wielkiej potrzebie okazywania im serdecznej troski. Rozważmy zmianę w naszej postawie jaka miałaby miejsce jeśli zastosowalibyśmy ową metaforę do Kościoła. Z pewnością bylibyśmy wówczas bardziej skłonni do troski niż do pogrzebywania. Oczywiście może się zdarzyć, że ciało (organizm) jest zainfekowane i zaczyna szerzyć infekcję do jego poszczególnych części. Wówczas wierzący (przenosząc to na grunt Kościoła) nie mają żadnego obowiązku narażać siebie i swoich dzieci na infekcję. Lecz ich odejściu od gospodarza nie powinno towarzyszyć stwierdzenie, że poprzedni gospodarz właśnie umarł lub jest fałszywy”.[1]
Błogosławieństwo podziałów
Bóg jest Jeden w Trzech Osobach, dlatego zarówno jedność, jak i wielość (rozróżnienie) są dobre i wskazane. Powinny być pożądane we właściwym kontekście. Nie każda jedność (np. wieża Babel, zniesienie różnic wynikających z odmienności płci, jedność Kościoła w fałszywej doktrynie itd.), podobnie jak nie każda różnorodność (np. co do opinii nt. bóstwa Chrystusa) podoba się Bogu. Ap. Paweł wspomina o dobrych skutkach niektórych podziałów nawet między chrześcijanami. „Słyszę bowiem najpierw, że gdy się jako zbór schodzicie, powstają między wami podziały; i po części temu wierzę. Zresztą, muszą nawet być rozdwojenia między wami, aby wyszło na jaw, którzy wśród was są prawdziwymi chrześcijanami” (1 Kor. 11,18-19). Podziały służą niekiedy oczyszczeniu Kościoła z obłudników lub chrześcijan lekceważących Boże Słowo oraz swoją więź z Chrystusem. Mają więc one niekiedy dobre skutki i Chrystus używa niektórych podziałów by ratować Swoje Ciało przed infekcją „letnich” chrześcijan lub hipokrytów będących jego częścią.
Podziały, które nie mają upodobania w Bożych oczach powinny nas boleć, jednak pamiętajmy, że dzisiejszy Kościół wciąż zmierza „do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do męskiej doskonałości, i dorasta do wymiarów pełni Chrystusowej” (Ef 4,13). Jest to jedno z zadań osób posługujących w kościele (w.11-12).
Wierny pastor (ksiądz) swoją służbą powinien przyczyniać się do prawdziwej (biblijnej) jedności. Niedbały pastor (ksiądz) lekceważy oraz niszczy ową jedność. Tam gdzie owa jedność jest budowana w biblijny sposób (a nie polityczny lub marketingowy) – tam chrześcijanie nie są miotani i prowadzeni na manowce przez teleewangelistów lub sprzeczny z Pismem powiew doktryn formułowanych przez magisterium. Trud prawdziwej jedności nie przychodzi poprzez ciepły uśmiech i przymykanie oczu na różnice. Pasterz, który toleruje wilki w swoim stadzie jest pasterzem, który nienawidzi własnych owiec. Pasterz, który kocha swoje owce jest pasterzem, który walczy z wilkami. Oczywiście wilki w owczych ubraniach nie lubią tego. Zazwyczaj wówczas podnoszą głośny płacz wołając: „Jedność!”
Jedność jako fakt i wyzwanie
Mimo izolacjonistycznej mentalności wielu chrześcijan jedność Kościoła Powszechnego jest faktem. Fundamentem owej jedności jest jeden Pan, jedna wiara i jeden chrzest (Ef 4,5). Prawdziwy Kościół wyznaje Chrystusa jako Syna Bożego, Drugą Osobę Trójcy Św. Uznaje depozyt wiary przekazany przez apostołów i proroków w Piśmie oraz praktykuje i rozpoznaje jako ważny chrzest udzielany w imię Ojca, Syna i Ducha Św. Apostoł Paweł wymieniając podstawy owej jedności nie wskazuje na jedność strukturalną, lecz jedność Ducha, którym jesteśmy spojeni jako członki tego samego Ciała. Na jego liście nie ma ani ekumenicznej centralnej kwatery w Nowym Jorku, ani jednego, świętego biskupa w Rzymie. Jest jeden Pan, jedna wiara i jeden chrzest. Oczywiście strukturalna jedność jest czymś dobrym i właściwym, lecz czy powinniśmy ją uważać za fundament jedności, o której tak często mówi Pismo Św.? Czy strukturalna jedność jest podstawą czy końcowym owocem biblijnych dążeń w kierunku zachowania jedności? Pismo Św. wzywa chrześcijan nie tyle do tworzenia jedności, co raczej jej zachowywania (Ef 4,3). To oznacza, że jedność jest faktem, zaś jej fundamentem jest jeden Duch, który łączy nas w jedno Ciało (Kościół) poprzez jeden chrzest. „Bo też w jednym Duchu wszyscy zostaliśmy ochrzczeni w jedno ciało - czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni, i wszyscy zostaliśmy napojeni jednym Duchem” (1 Kor. 12,13).
Jedność to jednak nie tylko fakt, ale i wyzwanie. Mamy przyczyniać się do zachowywania jedności ponieważ zależy na niej Chrystusowi. Nicejskie Wyznanie Wiary (325 r.) formułując prawdy nt. Kościoła stwierdza, że jest on m.in. jeden oraz powszechny.
Co to znaczy, że Kościół jest jeden? To oznacza, że nie ma dwóch (lub więcej) Kościołów. Jest jeden. Bóg związał się w szczególny sposób ze Swoim Kościołem i poza jego społecznością nie ma zbawienia. Ojcowie nazywali go „Matką Kościołem”, z którą Bóg jako nasz Ojciec związał się w szczególny sposób. Nie ma dwóch Kościołów z dwoma listami członków. Kościół zawsze jest jeden oraz widzialny.
Jezus Chrystus modlił się o jedność Kościoła. I nie chodziło Mu o jakąś niewidzialną jedność jakiegoś niewidzialnego Kościoła, lecz o jedność Kościoła widzialnego, która będąc odbiciem jedności między Ojcem, a Synem powinna być świadectwem dla świata. Zbyt często zdarza nam się zapominać, że filarem i podwaliną prawdy o której pisał Ap. Paweł do Tymoteusza (1 Tm 2,15) jest Kościół Powszechny (a nie Rzymskokatolicki, Prawosławny, Reformowany, Luterański czy Baptystyczny). Prawda jest w Chrystusie. On jest Głową Kościoła Powszechnego, w którego skład wchodzą wszyscy ochrzczeni (w imię Trójjedynego Boga) wyznający Chrystusa chrześcijanie zrzeszeni w poszczególnych zborach i parafiach. Owa jedność niekoniecznie oznacza ujednolicenie struktur organizacyjnych, wszystkich zwyczajów lub czynności liturgicznych.
Co to znaczy, że Kościół jest powszechny? To oznacza, że nie jest ograniczony do jednego miejsca, narodu, czy nawet wyznania. W tej sferze często zdarza nam się myśleć w izolacjonistyczny (by nie powiedzieć w sekciarski) sposób. I dotyczy to zarówno strony protestanckiej, jak i katolickiej. Kościoły Protestanckie często ograniczają Kościół Powszechny do kilkunastu wyznań powstałych na gruncie XVI-wiecznej reformacji. Nierzadko spotkać można tzw. „biblijne” Kościoły, które w swoich wyznaniach wiary lubują się w akcentowaniu własnej odrębności konfesyjnej. Swoje specyficzne cechy wolą wymieniać na samym początku niż na końcu listy wyznawanych doktryn (np. podejście do ekumenii, sposobu chrztu)
Problem z biblijnym spojrzeniem na powszechność Kościoła ma także Kościół Rzymskokatolicki, który naucza, że częścią Kościoła Powszechnego są jedynie te Kościoły, które postrzegają (i zachowują) sukcesję apostolską w sposób zgodny ze spojrzeniem rzymskokatolickim. Wspólnoty protestanckie mają w sobie pewne namiastki Kościoła, jednak według rzymskokatolickiej teologii Kościołami w pełnym tego słowa znaczeniu nie są. Owo stanowisko potwierdza wydany w czerwcu 2007 dokument Kongregacji Nauki Wiary, który wypowiadając się na temat Kościołów Protestanckich stwierdza: „Wspólnoty te, powstałe po liczącej półtora tysiąclecia tradycji katolickiej, nie zachowały sukcesji apostolskiej w sakramencie święceń. Brakuje im zatem koniecznego elementu konstytutywnego, aby być Kościołem. Ze względu na brak kapłaństwa sakramentalnego nie utrzymały właściwej, pełnej rzeczywistości Misterium eucharystycznego. Dlatego według nauki katolickiej nie mogą być nazywane «Kościołami» we właściwym tego słowa znaczeniu”.[2] (podkr. aut.).
Nie jest tak źle
Z jednością Kościoła jest trochę jak z kobietą z Ewangelii chorą na krwotok. Im więcej lekarze się nią zajmowali, tym jej stan był gorszy (Mk 5,26). Im częściej przywódcy Kościoła postrzegają jedność w kategoriach strukturalnych i zabierają się za ich naprawę, tym wydaje się być z nią coraz gorzej. Dzieje się tak ponieważ wielu mylnie uważa, że prawdziwa jedność jest rezultatem podlegania jednolitym strukturom. Stąd też niektóre Kościoły „w trosce” o jedność dążą do „wchłonięcia” pozostałych denominacji. Warto jednak przyjrzeć się samym strukturom organizacyjnym współczesnego Kościoła by mieć jego realistyczny obraz.
Sytuacja współczesnego Kościoła nie wygląda tak tragicznie jak czasami wypowiadają się o niej szczególnie katoliccy apologeci (np. że istnieje 25 tys. denominacji protestanckich) podkreślający jedność ich Kościoła i przedstawiający go jako rzekomo nie podzielony monolit. W interesujący sposób podział na poszczególne gałęzie i tradycje wyznaniowe w Kościele przedstawia „World Christian Encyclopedia” autorstwa Davida Barretta. Zauważa on, że Kościół Prawosławny dzieli się na dziewiętnaście różnych tradycji, Rzymskokatolicki na szesnaście zaś Protestancki na dwadzieścia jeden. Gdyby nie liczyć w tym tradycji Kościoła Anglikańskiego – pozostałoby sześć. Wewnątrz każdej z tych tradycji można dokonywać kolejnych rozróżnień i systematyki. Jednak rozróżnienia na dalszym etapie nie są już aż tak kluczowe i istotne jak na poziomie trzech głównych nurtów. Jak widać – każda z głównych tradycji w chrześcijaństwie podlega różnorodności i podziałom, które niekoniecznie burzą jej fundamenty i przywiązanie do wspólnych wartości. Skala owych podziałów i różnic nie jest aż tak wielka jak przedstawiają ją niektórzy chrześcijanie lub, co ma miejsce o wiele częściej, niechrześcijanie.
Pismo zapowiada, że pewnego dnia Kościół stanie się doskonałym człowiekiem, czystą i nieskalaną Oblubienicą. Nie jest jeszcze doskonałym człowiekiem i nie powinniśmy oczekiwać, że stanie się nim na etapie dzieciństwa. Bóg jednak buduje świętą budowlę, która rośnie „do męskiej doskonałości”. Obecny stan Kościoła pielgrzymującego jest częścią Bożego planu, zgodnie z którym zmierza on ku chwalebnej przyszłości. Oczekiwanie od dzisiejszego Kościoła pełni Chrystusowej dojrzałości, zupełnej jedności wiary, męskiej doskonałości, o których pisał Ap. Paweł (Ef 4,13) jest oczekiwaniem błędnym. Wynika z nieumiejętności dostrzeżenia, że Duch Św. działa poprzez historię prowadząc Kościół ku dojrzałości i jedności w stopniowy sposób.
Jeden Kościół a reformacja
Reformatorzy bardzo poważnie podchodzili do kwestii jedności Kościoła. Już sam fakt, że Luter nie zamierzał tworzyć nowego wyznania, lecz oczyszczać istniejący Kościół wiele mówi na temat jego podejścia do jedności Ciała Chrystusowego. Postawa reformatora z Wittenbergii była przejawem przekonania, że każdy kto uznaje i kocha Boga jako Swego Ojca, ten uznaje i kocha Kościół jako Swoją Matkę. Oczywiście nie wszystko co czyniła owa Matka znajdowało uznanie w oczach jej dziecka. Są sytuacje gdy dzieci grzeszą wobec swojej matki. Czasami jednak matka popełnia grzechy wobec swoich dzieci. Tak też się stało w sytuacji ekskomuniki (oraz nieudanych zamachów na życie) niemieckiego reformatora.
Celem Lutra nie było wywoływanie rewolucji w Kościele ani dzielenie go. Jako młody zakonnik najzwyczajniej dostrzegał nadużycia moralne i doktrynalne pragnąc publicznej debaty na temat odpustów oraz biblijnego nauczania na temat usprawiedliwienia z wiary. Do debaty jednak nie doszło. Matka zignorowała i porzuciła swoje dziecko, które dostrzegło brak zgodności między nią, a Ojcem.
Kościół Katolicki zarzuca protestantom, że podzielili zachodnie chrześcijaństwo. Zazwyczaj do nas – współczesnych protestantów zupełnie nie trafiają (niestety) argumenty mówiące o powadze jedności i zgubnych skutkach dzielenia Kościoła. Uważamy, że Luter przede wszystkim chciał być wierny Chrystusowi w nauce o usprawiedliwieniu przez wiarę (nie z uczynków) dlatego zachowanie jedności Kościoła było dla niego mało ważne. Współcześnie przechodzimy dość lekko wobec dyskusji o jedność Kościoła ponieważ mamy dziś wiele denominacji i jest to dla nas stan normalny. Zastaliśmy Kościół w takim stanie i często mylnie sądzimy, że jest to coś czemu nie warto poświęcać uwagi. W wielu Kościołach neoprotestanckich wystarczy odmienne zdanie przywódców lub „objawienie” zwykłego członka by powstał nowy „Kościół”. Taka postawa to przejaw sekciarstwa i grzesznego schizmatyzmu.
Tymczasem wiele debat z czasów reformacji poświęconych było m.in. definicji widzialnego Kościoła ponieważ obie strony bardzo poważnie traktowały doktrynę o jedności Ciała Chrystusowego. Od XVI wieku pytanie o to gdzie jest prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa stało się niesłychane ważne. Do tamtej pory nie było problemów z odpowiedzią na nie. Kościół zachodni był strukturalnie jeden i czymś oczywistym było, że jest on Ciałem Chrystusa. Może niedoskonałym, może kulejącym – lecz nie było innego Kościoła na zachodzie.
Jakie były odpowiedzi obu stron na pytanie o cechy prawdziwego Kościoła? Kościół Rzymskokatolicki uważał (i uważa), że w pełni prawdziwym Kościołem jest wspólnota złączona strukturalnie z biskupem Rzymu jako namiestnikiem Jezusa Chrystusa i następcą Św. Piotra. Wedle tej koncepcji to właśnie Rzymskokatolicki Kościół jako istniejący od XXI-stuleci poprzez zachowanie sukcesji apostolskiej jest tym jedynym prawdziwym Kościołem Jezusa Chrystusa.
Reformatorzy dali odmienną odpowiedź: cechami prawdziwego Kościoła są wierne głoszenie Słowa Bożego oraz sprawowanie sakramentów. Prawdziwa sukcesja apostolska polega więc na poddaniu nauce apostolskiej spisanej w Piśmie Św. oraz sukcesji trynitarnego chrztu, który łączy chrześcijan różnych tradycji w jedno Ciało. W dyskusji protestanko-katolickiej chodziło (i wciąż chodzi) o to – kto jest kontynuatorem teologii Kościoła Nowego Przymierza istniejącego nieprzerwanie od ponad 2000 lat. Kto jest kontynuatorem myśli Ap. Pawła, Św. Augustyna czy Św. Anzelma, kto zaś jest nowinkarzem i sprowadza Kościół na manowce odchodząc od historycznej wiary Kościoła Powszechnego? Reformatorzy nie wymyślili nic nowego. Ich głównym założeniem był powrót do Pisma Św. jako źródła prawdy i jedności wiary. M. Luter, J. Kalwin, U. Zwingli zgodnie stwierdzili, że to Kościół Rzymskokatolicki głosi nowinki dodając własne (ludzkie) nauki do Biblii i sprowadza prosty lud na bezdroża błędów. Przywó
Chrystus pouczał przywódców w Izraelu, że fundamentem sukcesji Kościoła nie jest nałożenie rąk i wskazywanie siebie jako wiernych spadkobierców religii Abrahama i Mojżesza. „Nie myślcie, że Ja was będę oskarżał przed Ojcem; oskarża was Mojżesz, w którym wy złożyliście nadzieję. Gdybyście bowiem wierzyli Mojżeszowi, wierzylibyście i mnie. O mnie bowiem on napisał.” (Jn 5,45-46). „Wydawajcie więc owoce godne upamiętania. A nie próbujcie wmawiać w siebie: Ojca mamy Abrahama; powiadam wam bowiem, że Bóg może z tych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi” (Łk 3,8).
Głos Urzędu Nauczycielskiego Kościoła Starego Przymierza stał w opozycji wobec głosu Chrystusa. Nasz Pan mówił te słowa do prawowiernych (nie samozwańczych) przywódców Kościoła w Starym Przymierzu, wskazując, że prawdziwa sukcesja polega na naśladowaniu wiary Abrahama i Mojżesza, nie zaś na piastowaniu przechodniego urzędu, który w oczach uczonych w Piśmie gwarantował zachowanie czystości wiary.
Historyczny protestantyzm nie oddzielił się więc od Kościoła Jezusa Chrystusa, lecz jest jego kontynuacją, podobnie jak inne Kościoły Chrześcijańskie zachowujące jeden chrzest w imię Trójjedynego Boga oraz depozyt wiary przekazany w Piśmie Św., którego podstawy zostały sformułowane w Apostolskim (II w.) i Nicejskim Credo (325 r.) oraz na Soborze Chalcedońskim (451 r.).
Wspólne korzenie, różne gałązki
Zarówno Kościół Katolicki, Prawosławny jak i Protestancki łączy wspólna historia i wspólne korzenie. Każdy z owych nurtów w chrześcijaństwie wskazuje na Klemensa, Orygenesa, Augustyna czy Grzegorza Wielkiego jako na naszych wspólnych ojców w wierze. Ap. Paweł naucza, że dla chrześcijan w Koryncie ojcami wiary byli starotestamentowi Izraelici, których ciała zasłały pustynię (1 Kor 10,1-5). Wskazanie wspólnych korzeni i ojców wiary nie oznacza akceptacji wszystkiego co robili i w co wierzyli. Oznacza jednak powiązanie z jednym drzewem (Przymierzem), którego gałązki mogą być mniej lub bardziej zdrowe (Rzym 11,13-24). Niektóre zaś powinny być odcinane ze względu na stan drzewa i pozostałych gałązek (Rzym 11,21-22). Świadomość wspólnych korzeni i wspólnej historii powinny chronić poszczególne Kościoły przed mentalnością sekty („prawda przyszła wraz z nami i jest tylko u nas”). Chrystus kocha Kościół Powszechny i oddał zań samego siebie. To wzór dla nas. Powinniśmy podążać śladami Chrystusa żywiąc wobec Kościoła tę samą miłość, jednocześnie - jeśli zależy nam na jego dobru i czystości - nie przemilczając i nie ignorując popełnianych błędów, grzechów i nadużyć.
Celibat - Mariusz Ratajczak
„Kto o biskupstwo się ubiega, pięknej pracy pragnie. Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony... który by własnym domem dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości” 1 Tym. 3:1,4
W ostatnich dniach w prawie wszystkich środkach masowego przekazu można usłyszeć o szykującej się rewolucji w Kościele Katolickim. W czym tkwi problem? Chodzi o ewentualne zniesienie celibatu wśród katolickich duchownych. Skąd jednak takie zamieszanie wokół tego tematu? Odpowiedź jest bardzo prosta, otóż celibat jest bardzo ważną kwestią w Kościele Katolickim. Jedną z głównych doktryn Kościoła jest to, iż duchowni pragnący pełnić służbę muszą całe życie spędzić w celibacie. Chciałbym w tym artykule skupić się na tym, czym jest celibat według Kościoła Katolickiego, a czym według Bożego Słowa.
W jednej z gazet („Dziennik”, nr 05/2006. Katarzyna Bartman, Aleksandra Żuczkowska, „Księża chcą mieć rodziny”) można przeczytać, że wg przeprowadzonych badań „czterech z pięciu księży w Polsce, którzy decydują się porzucić sutannę, robi to z powodu miłości do kobiety (…)”. Z tych samych badań wynika również, że księża znacznie częściej niż mówi się o tym oficjalnie myślą i marzą o założeniu rodziny. Dlaczego nie mówią o tym otwarcie? Chyba nie muszę odpowiadać na to pytanie, bo wszyscy doskonale wiemy z jakiego powodu tak jest. Co ciekawe wcale nie myślą przy tym o porzucaniu kapłaństwa. Nieoficjalne dane mówią nawet o 70% duchownych, czekających na możliwość założenia rodziny i w dalszym ciągu byciu duchownym. Pewien ksiądz powiedział: „Kapłan powinien wiedzieć, czy jest w stanie być dobrym ojcem i mężem, a jednocześnie służyć Bogu i ludziom (…)”. Chciałoby się powiedzieć „Amen!”, prawda? Bardzo interesująca jest na ten temat wypowiedź nowy prefekta Kongregacji Nauki Wiary w Kościele Katolickim Josepha Williama Lavady, który stwierdził: „Watykan rozważy zniesienie obowiązkowego celibatu.” Wywołało to oczywiście wielką lawinę krytyki wśród katolików. Ludzie zaczęli zadawać sobie pytania: Czy człowiek służący Bogu ma prawo mieć żonę i rodzinę?, Czy jest to zgodne z tym, czego Bóg oczekuje?, Czy to wypada? Przecież ksiądz nie może mieć żony! To nie etyczne, prawda? Przecież duchowny jest sługą Boga! Celibat jest małżeństwem z samym Chrystusem, przecież zawsze tak było – słychać głosy dookoła.
Wbrew powszechnym opiniom, spór ten w Kościele Katolickim trwa już od dłuższego czasu. Przyjrzyjmy się zatem bliżej historii celibatu w Kościele Katolickim oraz co mówi Boże Słowo na owy temat.
Przez wiele wieków duchowni, biskupi i papieże mieli żony i ślubne dzieci. Niektóre z tych dzieci same sięgały później po tiarę biskupią, a nawet papieską! Np. papież Sylwiusz (536-537) był synem papieża Hormizdasa (514-523), zaś papież Jan XI (931-935) synem papieża Sergiusza III (904-911).
Kiedy powstał zatem celibat w Kościele Katolickim? Wprowadził go w 1074 r. Grzegorz VII. Wcześniej był on praktykowany jedynie jako duchowa dyscyplina w zakonach. Od roku 1139 (Sobór Laterański II) zabroniono kapłanom żenić się, zaś od 1536 roku żonatym mężczyznom wstępować w szeregi kapłanów. Co ciekawe w Polsce jeszcze w XV wieku duchowni i biskupi żenili się, mając legalne potomstwo.
Bezżenność sama w sobie nie ma niczego chwalebnego, choć często właśnie w taki sposób prezentuje się ją studentom katolickich seminariów. Bóg uczynił małżeństwo jako wielkie błogosławieństwo dla dwojga ludzi – mężczyzny i kobiety. Dzięki niemu dwoje ludzi „opuszcza ojca swego i matkę swoją” i „stają się jednym ciałem” (1Mj. 2:24). Bóg daje człowiekowi drugą osobę, gdyż od samego początku widzimy, że „niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam”. Bóg doskonale wie, czego potrzebujemy i co jest najlepsze dla nas. Od razu po tym stwierdzeniu mówi: „Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego” (1Mj. 2:18). Kto jest zatem tą odpowiednią pomocą? Oczywiście żona! A w przypadku żony – mąż! Potrzebujemy drugiej bliskiej osoby w naszym życiu. Wszyscy doskonale wiemy, jak niedobrze jest nam, gdy jesteśmy sami (1Mj. 2:18). Mąż bez żony jest niekompletny, podobnie jak i żona bez męża. Małżeństwo jest obrazem wielkiej miłości Chrystusa i Kościoła. Są oni jednym ciałem, jak mówi Pismo (Ef. 5:31-32). Jedynie w małżeństwie jesteśmy w stanie zaspokajać nasze potrzeby i pragnienia. Mąż i żona są ściśle i nierozerwalnie ze sobą złączeni.
W ostatnich dniach w prawie wszystkich środkach masowego przekazu można usłyszeć o szykującej się rewolucji w Kościele Katolickim. W czym tkwi problem? Chodzi o ewentualne zniesienie celibatu wśród katolickich duchownych. Skąd jednak takie zamieszanie wokół tego tematu? Odpowiedź jest bardzo prosta, otóż celibat jest bardzo ważną kwestią w Kościele Katolickim. Jedną z głównych doktryn Kościoła jest to, iż duchowni pragnący pełnić służbę muszą całe życie spędzić w celibacie. Chciałbym w tym artykule skupić się na tym, czym jest celibat według Kościoła Katolickiego, a czym według Bożego Słowa.
W jednej z gazet („Dziennik”, nr 05/2006. Katarzyna Bartman, Aleksandra Żuczkowska, „Księża chcą mieć rodziny”) można przeczytać, że wg przeprowadzonych badań „czterech z pięciu księży w Polsce, którzy decydują się porzucić sutannę, robi to z powodu miłości do kobiety (…)”. Z tych samych badań wynika również, że księża znacznie częściej niż mówi się o tym oficjalnie myślą i marzą o założeniu rodziny. Dlaczego nie mówią o tym otwarcie? Chyba nie muszę odpowiadać na to pytanie, bo wszyscy doskonale wiemy z jakiego powodu tak jest. Co ciekawe wcale nie myślą przy tym o porzucaniu kapłaństwa. Nieoficjalne dane mówią nawet o 70% duchownych, czekających na możliwość założenia rodziny i w dalszym ciągu byciu duchownym. Pewien ksiądz powiedział: „Kapłan powinien wiedzieć, czy jest w stanie być dobrym ojcem i mężem, a jednocześnie służyć Bogu i ludziom (…)”. Chciałoby się powiedzieć „Amen!”, prawda? Bardzo interesująca jest na ten temat wypowiedź nowy prefekta Kongregacji Nauki Wiary w Kościele Katolickim Josepha Williama Lavady, który stwierdził: „Watykan rozważy zniesienie obowiązkowego celibatu.” Wywołało to oczywiście wielką lawinę krytyki wśród katolików. Ludzie zaczęli zadawać sobie pytania: Czy człowiek służący Bogu ma prawo mieć żonę i rodzinę?, Czy jest to zgodne z tym, czego Bóg oczekuje?, Czy to wypada? Przecież ksiądz nie może mieć żony! To nie etyczne, prawda? Przecież duchowny jest sługą Boga! Celibat jest małżeństwem z samym Chrystusem, przecież zawsze tak było – słychać głosy dookoła.
Wbrew powszechnym opiniom, spór ten w Kościele Katolickim trwa już od dłuższego czasu. Przyjrzyjmy się zatem bliżej historii celibatu w Kościele Katolickim oraz co mówi Boże Słowo na owy temat.
Przez wiele wieków duchowni, biskupi i papieże mieli żony i ślubne dzieci. Niektóre z tych dzieci same sięgały później po tiarę biskupią, a nawet papieską! Np. papież Sylwiusz (536-537) był synem papieża Hormizdasa (514-523), zaś papież Jan XI (931-935) synem papieża Sergiusza III (904-911).
Kiedy powstał zatem celibat w Kościele Katolickim? Wprowadził go w 1074 r. Grzegorz VII. Wcześniej był on praktykowany jedynie jako duchowa dyscyplina w zakonach. Od roku 1139 (Sobór Laterański II) zabroniono kapłanom żenić się, zaś od 1536 roku żonatym mężczyznom wstępować w szeregi kapłanów. Co ciekawe w Polsce jeszcze w XV wieku duchowni i biskupi żenili się, mając legalne potomstwo.
Bezżenność sama w sobie nie ma niczego chwalebnego, choć często właśnie w taki sposób prezentuje się ją studentom katolickich seminariów. Bóg uczynił małżeństwo jako wielkie błogosławieństwo dla dwojga ludzi – mężczyzny i kobiety. Dzięki niemu dwoje ludzi „opuszcza ojca swego i matkę swoją” i „stają się jednym ciałem” (1Mj. 2:24). Bóg daje człowiekowi drugą osobę, gdyż od samego początku widzimy, że „niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam”. Bóg doskonale wie, czego potrzebujemy i co jest najlepsze dla nas. Od razu po tym stwierdzeniu mówi: „Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego” (1Mj. 2:18). Kto jest zatem tą odpowiednią pomocą? Oczywiście żona! A w przypadku żony – mąż! Potrzebujemy drugiej bliskiej osoby w naszym życiu. Wszyscy doskonale wiemy, jak niedobrze jest nam, gdy jesteśmy sami (1Mj. 2:18). Mąż bez żony jest niekompletny, podobnie jak i żona bez męża. Małżeństwo jest obrazem wielkiej miłości Chrystusa i Kościoła. Są oni jednym ciałem, jak mówi Pismo (Ef. 5:31-32). Jedynie w małżeństwie jesteśmy w stanie zaspokajać nasze potrzeby i pragnienia. Mąż i żona są ściśle i nierozerwalnie ze sobą złączeni.
Myślę więc wierzę? - Marek Kmieć
Zastanówmy się nad tym, czy powyższe stwierdzenie odpowiada prawdzie, a może to wszystko jedno, w jakiej kolejności ułożymy te słowa? Na samym początku chciałbym stwierdzić rzecz oczywistą dotyczącą metody, jaką będziemy się posługiwali w naszej krótkiej dyspucie.
Pytanie, które rozważamy, to: Czy myślenie prowadzi do wiary, czy raczej wiara do poprawnego myślenia? W jaki sposób odpowiemy na to pytanie natychmiast zaklasyfikuje nas do grupy, która będzie posuwała się albo torem Tomasza z Akwinu, albo torem Augustyna i Reformacji.
Kiedy ktoś mówi: "Myślę więc wierzę", manifestuje następujące założenia:
1. Niewierzący (myślący, ale jeszcze nie wierzący) ma otwarty umysł, jest neutralny i obiektywny w swoim rozumowaniu i rozumuje w praktycznie właściwy sposób. Tak więc jedyny jego problem (jak to sam zresztą przyznaje) to brak informacji, które pozwoliłyby mu w obiektywny sposób uwierzyć. Po prostu dotychczas niewierzący nie zetknął się z bezwzględnie jednoznacznymi dowodami na to, że Bóg istnieje- ale jego umysł jest najzupełniej otwarty, dlatego chętnie chciałby usłyszeć argumenty Chrześcijanina. Co więcej twierdzi on, że nie jest z góry uprzedzony co do końcowego rezultatu jego rozumowania, i że jest ono w gruncie rzeczy poprawne.
2. Niewierzący jest w stanie dotrzeć przy pomocy swojego umysłu (wyżej zdefiniowanego) do pewnych częściowych prawd na końcu swojego rozumowania.
3. Niewierzący jest w stanie zinterpretować tj. nadać znaczenie światu (w całości lub w części) w praktycznie poprawny sposób bez pomocy Bożej (Biblii).
Jest wiele innych rzeczy, o których można by wspomnieć, lecz na razie poprzestańmy na tych trzech. Co zatem mówi Biblia na temat tych trzech punktów? Zacznijmy po kolei:
1. Biblia jasno stwierdza, że niewierzący nie jest neutralny, ale w każdym momencie swojego rozumowania wypływa na wierzch jego zaciekły bunt przeciwko Bogu. Niewierzący jest opisany jako umarły, niewolnik grzechu i szatana, oszukujący siebie i oszukiwany, głupi (nie oznacza to niewinnej ignorancji, ale ignorancja wynikła z buntu), ślepy, wrogo nastawiony i uprzedzony do Boga od samego początku, nie potrafiący zrobić niczego dobrego, tłumiący prawdę: Efez. 2:1-3; Rodz. 2:16,17; Kol. 2:13; 2 Tym. 2:25,26; Tyt. 3:3; Efez. 4:17-19; Rzym. 8:6-8; 1 Kor. 2:14; Kol. 1:21; Jana 3:19; Mat. 7:18; Rzym. 1:18-23, itd. Nie wiem jak wy, ale je nie nazwałbym tego obiektywną neutralnością. Nic więc dziwnego, że boga, którego odkrywają tak rozumując, można tylko nazwać bałwanem na ludzki obraz, a nie prawdziwym Bogiem. Tak więc problemem niewierzącego nie jest brak informacji (Biblia mówi, że ma jej więcej niż jest w stanie stłumić), ale wrogie usposobienie. Nie ma więc mowy o obiektywnym podejściu do dowodów. Na przykład tzw. metoda naukowa od samego początku wyklucza możliwość nadprzyrodzonych wyjaśnień. Na jakiej podstawie to robi? Na pewno to nie wynika z samej zasady metody naukowej, ale wyłącznie na podstawie ślepego etycznego uprzedzenia do Boga.
2. Podobnie i ten punkt nie znajduje biblijnego potwierdzenia. Rzym. 1, Psalm 14 i 19 oraz wiele podobnych urywków jasno stwierdza, że pełna prawda dotycząca Boga jest jasno i obiektywnie oczywista od samego początku rozumowania. Pełna prawda dotycząca Boga jest obiektywnie widoczna i może być postrzegana od samego początku, dlatego niewierzący nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, jeżeli od samego początku jego reakcją na to świadectwo nie jest poddanie się i uznanie Boga. Tak więc, zgodnie z Biblią, niewierzący zawsze źle podchodzi do dowodów, jeżeli prowadzą go one do częściowego poddania się Bogu (np. stwierdzenia: Bóg najprawdopodobniej istnieje) na końcu rozumowania; raczej niż pełnego poddania się Bogu już na samym początku.
3. Na podstawie poprzednich 2 punktów ten powinien już być oczywistą sprawą. Ponieważ to jest Boży świat, a człowiek jest wrogi Bogu i ślepy, dlatego nie jest on w stanie zinterpretować jakiejkolwiek części tego świata bez Boga, a tym bardziej samego Boga. Jeżeli ktoś ma wątpliwości powinien udać się do wielkich filozofów i zobaczyć, czy którykolwiek z nich stworzył system, który byłby dla nich samych satysfakcjonujący. Wspomnę tylko Davida Huma czy też Bertranda Russella. Słusznie powiedział Nietzche, że filozofowie najbardziej boją się bycia zrozumianymi, a nie niezrozumianymi. Tylko wiara w Boga, który objawił siebie w Biblii daje nam podstawę nie tylko pod to, aby Go poznać, ale aby mieć podstawę pod jakiekolwiek inne poznanie. Więcej można by było powiedzieć na ten temat, pamiętajmy jednak o tym, że od pierwszych rodziców nie było wymagane, by sami poznali właściwości drzewa poznania, raczej mieli się oni podporządkować Bożemu poznaniu (i to właśnie stanowiło prawdziwe poznanie). Wzięli oni na siebie interpretację drzewa odrzucając jednocześnie Bożą interpretację. Rezultat okazał się fałszywy, sprzeczny i śmiercionośny (Rodz. 3:6; Kol. 2:3; Ps. 119:99,105 itp.).
Tak więc stwierdzenie "myślę, więc wierzę" prowadzi do błędnego pojęcia człowieka, Boga i samej wiary. Wiara staje się ślepa i irracjonalna. Dlatego (w takim układzie) mają rację niewierzący, którzy mówią, że nie chcą uwierzyć w Jezusa, aby nie stracić rozumu. To jednak nie jest prawdą. Jako Chrześcijanie musimy odejść od błędnego założenia Kartezjusza o człowieku jako punkcie odniesienia (jedynej pewnej rzeczy). Powinniśmy nawoływać niewierzącego do wiary po to, aby właśnie odzyskał swój rozum! Popatrzmy na Kol. 2:3 czy też 1 Kor. 1:19,20. Ci, którzy uwierzyli zostali odnowieni ku poznaniu (Kol. 3:10).
Powinniśmy używać z modlitwą prawdziwych argumentów z różnych dziedzin życia, które rozpoznają prawdziwy stan rzeczy (o którym pisałem), a Bóg, poprzez swojego Ducha, użyje ich według swojej woli (2 Tym. 2:25). Bóg używa prawdy i argumentów (czasami nawet naszych złych argumentów), aby przyprowadzić ludzi do poznania Siebie- zawsze jednak wiara w Niego poprzedza prawdziwe (właściwe) myślenie, a nie na odwrót.
Czy samo wzięcie na siebie decyzji czy Bóg istnieje nie już jest daniem negatywnej odpowiedzi na to pytanie? Jeżeli taki Bóg, który objawił siebie w Biblii istnieje, to mamy wierzyć Jego Słowu dlatego, że to jest Jego Słowo. Wtedy dopiero odzyskamy nasz rozum, gdy zaczniemy interpretować Boży świat za Bogiem. Nie bez przyczyny Biblia mówi: "Początkiem mądrości jest bojaźń Pana, a poznanie Świętego - to rozum" (Przyp. 9:10).
Dlatego chciałbym (za Augustynem) zasugerować inne hasło, które moim zdaniem o wiele lepiej odpowiada przesłaniu Biblii: Credo et intelligo (Wierzę, więc myślę).
Pytanie, które rozważamy, to: Czy myślenie prowadzi do wiary, czy raczej wiara do poprawnego myślenia? W jaki sposób odpowiemy na to pytanie natychmiast zaklasyfikuje nas do grupy, która będzie posuwała się albo torem Tomasza z Akwinu, albo torem Augustyna i Reformacji.
Kiedy ktoś mówi: "Myślę więc wierzę", manifestuje następujące założenia:
1. Niewierzący (myślący, ale jeszcze nie wierzący) ma otwarty umysł, jest neutralny i obiektywny w swoim rozumowaniu i rozumuje w praktycznie właściwy sposób. Tak więc jedyny jego problem (jak to sam zresztą przyznaje) to brak informacji, które pozwoliłyby mu w obiektywny sposób uwierzyć. Po prostu dotychczas niewierzący nie zetknął się z bezwzględnie jednoznacznymi dowodami na to, że Bóg istnieje- ale jego umysł jest najzupełniej otwarty, dlatego chętnie chciałby usłyszeć argumenty Chrześcijanina. Co więcej twierdzi on, że nie jest z góry uprzedzony co do końcowego rezultatu jego rozumowania, i że jest ono w gruncie rzeczy poprawne.
2. Niewierzący jest w stanie dotrzeć przy pomocy swojego umysłu (wyżej zdefiniowanego) do pewnych częściowych prawd na końcu swojego rozumowania.
3. Niewierzący jest w stanie zinterpretować tj. nadać znaczenie światu (w całości lub w części) w praktycznie poprawny sposób bez pomocy Bożej (Biblii).
Jest wiele innych rzeczy, o których można by wspomnieć, lecz na razie poprzestańmy na tych trzech. Co zatem mówi Biblia na temat tych trzech punktów? Zacznijmy po kolei:
1. Biblia jasno stwierdza, że niewierzący nie jest neutralny, ale w każdym momencie swojego rozumowania wypływa na wierzch jego zaciekły bunt przeciwko Bogu. Niewierzący jest opisany jako umarły, niewolnik grzechu i szatana, oszukujący siebie i oszukiwany, głupi (nie oznacza to niewinnej ignorancji, ale ignorancja wynikła z buntu), ślepy, wrogo nastawiony i uprzedzony do Boga od samego początku, nie potrafiący zrobić niczego dobrego, tłumiący prawdę: Efez. 2:1-3; Rodz. 2:16,17; Kol. 2:13; 2 Tym. 2:25,26; Tyt. 3:3; Efez. 4:17-19; Rzym. 8:6-8; 1 Kor. 2:14; Kol. 1:21; Jana 3:19; Mat. 7:18; Rzym. 1:18-23, itd. Nie wiem jak wy, ale je nie nazwałbym tego obiektywną neutralnością. Nic więc dziwnego, że boga, którego odkrywają tak rozumując, można tylko nazwać bałwanem na ludzki obraz, a nie prawdziwym Bogiem. Tak więc problemem niewierzącego nie jest brak informacji (Biblia mówi, że ma jej więcej niż jest w stanie stłumić), ale wrogie usposobienie. Nie ma więc mowy o obiektywnym podejściu do dowodów. Na przykład tzw. metoda naukowa od samego początku wyklucza możliwość nadprzyrodzonych wyjaśnień. Na jakiej podstawie to robi? Na pewno to nie wynika z samej zasady metody naukowej, ale wyłącznie na podstawie ślepego etycznego uprzedzenia do Boga.
2. Podobnie i ten punkt nie znajduje biblijnego potwierdzenia. Rzym. 1, Psalm 14 i 19 oraz wiele podobnych urywków jasno stwierdza, że pełna prawda dotycząca Boga jest jasno i obiektywnie oczywista od samego początku rozumowania. Pełna prawda dotycząca Boga jest obiektywnie widoczna i może być postrzegana od samego początku, dlatego niewierzący nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, jeżeli od samego początku jego reakcją na to świadectwo nie jest poddanie się i uznanie Boga. Tak więc, zgodnie z Biblią, niewierzący zawsze źle podchodzi do dowodów, jeżeli prowadzą go one do częściowego poddania się Bogu (np. stwierdzenia: Bóg najprawdopodobniej istnieje) na końcu rozumowania; raczej niż pełnego poddania się Bogu już na samym początku.
3. Na podstawie poprzednich 2 punktów ten powinien już być oczywistą sprawą. Ponieważ to jest Boży świat, a człowiek jest wrogi Bogu i ślepy, dlatego nie jest on w stanie zinterpretować jakiejkolwiek części tego świata bez Boga, a tym bardziej samego Boga. Jeżeli ktoś ma wątpliwości powinien udać się do wielkich filozofów i zobaczyć, czy którykolwiek z nich stworzył system, który byłby dla nich samych satysfakcjonujący. Wspomnę tylko Davida Huma czy też Bertranda Russella. Słusznie powiedział Nietzche, że filozofowie najbardziej boją się bycia zrozumianymi, a nie niezrozumianymi. Tylko wiara w Boga, który objawił siebie w Biblii daje nam podstawę nie tylko pod to, aby Go poznać, ale aby mieć podstawę pod jakiekolwiek inne poznanie. Więcej można by było powiedzieć na ten temat, pamiętajmy jednak o tym, że od pierwszych rodziców nie było wymagane, by sami poznali właściwości drzewa poznania, raczej mieli się oni podporządkować Bożemu poznaniu (i to właśnie stanowiło prawdziwe poznanie). Wzięli oni na siebie interpretację drzewa odrzucając jednocześnie Bożą interpretację. Rezultat okazał się fałszywy, sprzeczny i śmiercionośny (Rodz. 3:6; Kol. 2:3; Ps. 119:99,105 itp.).
Tak więc stwierdzenie "myślę, więc wierzę" prowadzi do błędnego pojęcia człowieka, Boga i samej wiary. Wiara staje się ślepa i irracjonalna. Dlatego (w takim układzie) mają rację niewierzący, którzy mówią, że nie chcą uwierzyć w Jezusa, aby nie stracić rozumu. To jednak nie jest prawdą. Jako Chrześcijanie musimy odejść od błędnego założenia Kartezjusza o człowieku jako punkcie odniesienia (jedynej pewnej rzeczy). Powinniśmy nawoływać niewierzącego do wiary po to, aby właśnie odzyskał swój rozum! Popatrzmy na Kol. 2:3 czy też 1 Kor. 1:19,20. Ci, którzy uwierzyli zostali odnowieni ku poznaniu (Kol. 3:10).
Powinniśmy używać z modlitwą prawdziwych argumentów z różnych dziedzin życia, które rozpoznają prawdziwy stan rzeczy (o którym pisałem), a Bóg, poprzez swojego Ducha, użyje ich według swojej woli (2 Tym. 2:25). Bóg używa prawdy i argumentów (czasami nawet naszych złych argumentów), aby przyprowadzić ludzi do poznania Siebie- zawsze jednak wiara w Niego poprzedza prawdziwe (właściwe) myślenie, a nie na odwrót.
Czy samo wzięcie na siebie decyzji czy Bóg istnieje nie już jest daniem negatywnej odpowiedzi na to pytanie? Jeżeli taki Bóg, który objawił siebie w Biblii istnieje, to mamy wierzyć Jego Słowu dlatego, że to jest Jego Słowo. Wtedy dopiero odzyskamy nasz rozum, gdy zaczniemy interpretować Boży świat za Bogiem. Nie bez przyczyny Biblia mówi: "Początkiem mądrości jest bojaźń Pana, a poznanie Świętego - to rozum" (Przyp. 9:10).
Dlatego chciałbym (za Augustynem) zasugerować inne hasło, które moim zdaniem o wiele lepiej odpowiada przesłaniu Biblii: Credo et intelligo (Wierzę, więc myślę).
Protestancki i katolicki subiektywizm - Paweł Bartosik
Często się zdarza, że podczas rozmów podejmujących katolicko-protestanckie kontrowersje spotykamy się z zarzutami o subiektywność naszych opinii. Na pierwszy rzut oka słuszne wydają się rzymskokatolickie argumentacje dotyczące kwestii stałej, niezmiennej (obiektywnej?) interpretacji Pisma przez kościół, który jest jego "stróżem". Opinie katolików jeszcze bardziej zdają się padać na podatny grunt i być uzasadnione, kiedy spojrzymy na dość duże zróżnicowanie w łonie kościołów protestanckich. Istniejący w protestantyźmie problem z jednością przedstawiciele największego w Polsce wyznania rozwiązują w prosty sposób - po prostu idą za głosem papieża i nieomylną interpretacją Urzędu Nauczycielskiego w kościele rzymskim. Czym taka postawa różni się od protestanckiego stwierdzenia o ufności w samą jedynie Biblię? I czy uwalnia ona katolików od subiektywizmu w formułowaniu opinii, tak często zarzucanego protestantom? Z pewnością nie. Niech pokaże nam to rozmowa katolika z protestantem.
Protestant: Słuchaj, przeczytałem wczoraj w Biblii cztery rozdziały Listu do Rzymian mówiące o tym, że usprawiedliwienie mamy jedynie z łaski przez wiarę, nie zaś dzięki własnym uczynkom. Byłem zafascynowany tym, jak prosta i zarazem piękna jest Ewangelia!
Katolik: W porządku, tylko skąd wiesz, że twoja interpretacja tych rozdziałów, jak i w ogóle całej Biblii, jest właściwa?
P.: Uważam tak na podstawie badania i porównywania fragmentów z różnych części Pisma Świętego. Przed czytaniem zawsze modlę się o mądrość od Ducha Bożego. Nie znaczy to oczywiście, że mogę sobie sam w dowolny sposób interpretować Pismo. Pomagają mi w tym np. Luter, Kalwin, inni komentatorzy Biblii oraz starsi w moim kościele. Stąd moje rozumienie Pisma nie jest jedynie moim własnym zrozumieniem w oderwaniu od zrozumienia poszczególnych urywków, jakie posiadał kościół w minionych wiekach. Choć oczywiście to ja oceniłem ich argumenty przemawiające za takim, a nie innym rozumieniem.
K.: A skąd oni, czyli twoi nauczyciele, Luter, Kalwin i inni protestanci, wiedzą, że ich zrozumienie Biblii jest właściwe?
P.: Użyli rozumu (tak jak robić powinien każdy z nas), by zbadać kontekst, tło historyczne i właściwie odczytać znaczenie danego fragmentu. Ja czynię podobnie.
K.: Ale to jest tylko ich oraz twoja subiektywna opinia.
P.: No wiesz, zawsze opinia każdego z nas będzie subiektywna. Rozum każdego z nas jest narzędziem za pomocą którego badamy prawdziwość jakichkolwiek stwierdzeń.
K.: Ja tego nie robię, bo to jest pycha polegająca na zaufaniu do własnego rozumu. Ja nie jestem teologiem, by zagłębiać się w interpretacje i próby zrozumienia Biblii. Sam mógłbym popaść w herezję. Popatrz tylko, ile jest rozłamów w protestanckim kościele. Ja czuję się bezpieczny idąc za interpretacją i tradycją kościoła.
P.: Jakiego kościoła?
K.: Mojego, kościoła rzymskokatolickiego.
P.: Dlaczego idziesz za interpretacją i tradycją tego kościoła, a nie kościoła zielonoświątkowego, baptystycznego, luterańskiego lub prezbiteriańskiego?
K.: Dlatego, że jest to prawdziwy kościół Jezusa Chrystusa istniejący już od 2000 lat. Został założony przez Jezusa i to ten kościół jest fundamentem i podwaliną prawdy.
P.: Skąd wiesz, że jest to kościół założony przez Jezusa? Czy dlatego, że istnieje prawie 2000 lat? Czy też dlatego, że tak się o nim mówi? Podobnie przecież mówią o sobie Mormoni, świadkowie Jehowy, Dzieci Boga i inne grupy religijne? Ale czy są oni kościołem Jezusa?
K.: Na pewno nie.
P.: W takim razie skąd wiesz, że kościół rzymskokatolicki nim jest?
K.: Dlatego, że 2000 lat temu Jezus powiedział do Piotra, że on jest opoką na której zbuduje swój kościół, czyniąc go pierwszym papieżem. To jest zapisane w Ewangelii św. Mateusza 16:18. Od tej pory kościół i jego nauka są nieprzerwanie przekazywane drogą sukcesji apostolskiej do dnia dzisiejszego. A jedynym kościołem uznającym zwierzchnictwo papieża i jednocześnie będącym mu podległym jest kościół rzymskokatolicki.
P.: Skąd wiesz, że Jezus założył kościół na Piotrze i uczynił go pierwszym papieżem?
K.: Już ci mówiłem. To jest zapisane w Biblii, w Ew. św. Mateusza 16:18.
P.: To jest twoja interpretacja tego wersetu. Dlaczego mam ci wierzyć?
K.: Och, nie powiedziałem, że masz mi wierzyć. Poza tym to nie ja tak interpretuję ten werset, ale cały kościół.
P.: Chwileczkę, jaki znowu kościół?
K.: Kościół rzymskokatolicki.
P.: Dlaczego mam wierzyć interpretacji tego akurat kościoła?
K.: Dlatego, że jest on prawdziwym kościołem Jezusa Chrystusa.
P.: Ale poczekaj. Właśnie chcemy to sprawdzić. Dlatego właśnie spytałem ciebie, w jaki sposób mamy to zrobić. Czyż nie powiedziałeś, że powinniśmy skierować się do Pisma (całkiem słusznie) i wskazałeś na urywek, w którym to Chrystus według ciebie powierzył władzę w kościele Piotrowi?
K.: Tak powiedziałem.
P.: Skąd wiesz, że twoja interpretacja tego wersetu (że odnosi się on do papiestwa) jest właściwa?
K.: Myślę, że to jest oczywiste.
P.: Widzisz zatem, że jest to twoja opinia. Każdą naszą opinię można zaklasyfikować jako subiektywną (naszą), zarówno kiedy ja wyjaśniam ci jakiś urywek z Pisma, jak i wówczas, kiedy ty twierdzisz, że kościół rzymskokatolicki jest jedynym kościołem Jezusa Chrystusa. To są nasze opinie, mamy jednak obiektywny standard (Biblię), według którego powinniśmy rozsądzać wszelkie spory. Wiele urywków jest zupełnie jasnych, zaś o trudniejszych powinniśmy rozmawiać z Biblią w ręku. Biblia mówi o sobie, że jest niczym miecz obosieczny osądzający nasze myśli i ona jest w stanie pokazać nam, kto z nas ma rację. Bóg dał nam Biblię napisaną zrozumiałym językiem, nie po to, byśmy domyślali się, co On chciał nam zakomunikować, ale byśmy to wyraźnie widzieli.
K.: Hm... Ciekawe stwierdzenia.
P.: Dlatego nie ma wymówki dla ludzi, którzy obowiązek porównywania i rozsądzania wszelkich kontrowersji według Pisma zrzucają na tzw. duchowieństwo lub kler, gdyż powinni dać nam biblijne podstawy do takiego postępowania. Ale kiedy zaczną nam tłumaczyć za pomocą Biblii, dlaczego to robią, zauważ, że to oni zaczynają interpretować Pismo. Bóg tak skonstruował ten świat, że nie ma ucieczki od praw logiki ani od subiektywizmu opinii. Co oczywiście nie znaczy, że nie możemy obiektywnie, czyli za Bogiem, poznać rzeczywistości. Dopóki mamy Biblię w dłoniach, jesteśmy w stanie to uczynić.
K.: Pomyślę nad tym. Dzięki za twoje spostrzeżenia.
P.: Bez względu na to, czy się ze mną zgodzisz czy też nie, będzie to twoja ocena. O jej prawdziwości decydować będzie zgodność z nauczaniem Pisma Świętego.
Protestant: Słuchaj, przeczytałem wczoraj w Biblii cztery rozdziały Listu do Rzymian mówiące o tym, że usprawiedliwienie mamy jedynie z łaski przez wiarę, nie zaś dzięki własnym uczynkom. Byłem zafascynowany tym, jak prosta i zarazem piękna jest Ewangelia!
Katolik: W porządku, tylko skąd wiesz, że twoja interpretacja tych rozdziałów, jak i w ogóle całej Biblii, jest właściwa?
P.: Uważam tak na podstawie badania i porównywania fragmentów z różnych części Pisma Świętego. Przed czytaniem zawsze modlę się o mądrość od Ducha Bożego. Nie znaczy to oczywiście, że mogę sobie sam w dowolny sposób interpretować Pismo. Pomagają mi w tym np. Luter, Kalwin, inni komentatorzy Biblii oraz starsi w moim kościele. Stąd moje rozumienie Pisma nie jest jedynie moim własnym zrozumieniem w oderwaniu od zrozumienia poszczególnych urywków, jakie posiadał kościół w minionych wiekach. Choć oczywiście to ja oceniłem ich argumenty przemawiające za takim, a nie innym rozumieniem.
K.: A skąd oni, czyli twoi nauczyciele, Luter, Kalwin i inni protestanci, wiedzą, że ich zrozumienie Biblii jest właściwe?
P.: Użyli rozumu (tak jak robić powinien każdy z nas), by zbadać kontekst, tło historyczne i właściwie odczytać znaczenie danego fragmentu. Ja czynię podobnie.
K.: Ale to jest tylko ich oraz twoja subiektywna opinia.
P.: No wiesz, zawsze opinia każdego z nas będzie subiektywna. Rozum każdego z nas jest narzędziem za pomocą którego badamy prawdziwość jakichkolwiek stwierdzeń.
K.: Ja tego nie robię, bo to jest pycha polegająca na zaufaniu do własnego rozumu. Ja nie jestem teologiem, by zagłębiać się w interpretacje i próby zrozumienia Biblii. Sam mógłbym popaść w herezję. Popatrz tylko, ile jest rozłamów w protestanckim kościele. Ja czuję się bezpieczny idąc za interpretacją i tradycją kościoła.
P.: Jakiego kościoła?
K.: Mojego, kościoła rzymskokatolickiego.
P.: Dlaczego idziesz za interpretacją i tradycją tego kościoła, a nie kościoła zielonoświątkowego, baptystycznego, luterańskiego lub prezbiteriańskiego?
K.: Dlatego, że jest to prawdziwy kościół Jezusa Chrystusa istniejący już od 2000 lat. Został założony przez Jezusa i to ten kościół jest fundamentem i podwaliną prawdy.
P.: Skąd wiesz, że jest to kościół założony przez Jezusa? Czy dlatego, że istnieje prawie 2000 lat? Czy też dlatego, że tak się o nim mówi? Podobnie przecież mówią o sobie Mormoni, świadkowie Jehowy, Dzieci Boga i inne grupy religijne? Ale czy są oni kościołem Jezusa?
K.: Na pewno nie.
P.: W takim razie skąd wiesz, że kościół rzymskokatolicki nim jest?
K.: Dlatego, że 2000 lat temu Jezus powiedział do Piotra, że on jest opoką na której zbuduje swój kościół, czyniąc go pierwszym papieżem. To jest zapisane w Ewangelii św. Mateusza 16:18. Od tej pory kościół i jego nauka są nieprzerwanie przekazywane drogą sukcesji apostolskiej do dnia dzisiejszego. A jedynym kościołem uznającym zwierzchnictwo papieża i jednocześnie będącym mu podległym jest kościół rzymskokatolicki.
P.: Skąd wiesz, że Jezus założył kościół na Piotrze i uczynił go pierwszym papieżem?
K.: Już ci mówiłem. To jest zapisane w Biblii, w Ew. św. Mateusza 16:18.
P.: To jest twoja interpretacja tego wersetu. Dlaczego mam ci wierzyć?
K.: Och, nie powiedziałem, że masz mi wierzyć. Poza tym to nie ja tak interpretuję ten werset, ale cały kościół.
P.: Chwileczkę, jaki znowu kościół?
K.: Kościół rzymskokatolicki.
P.: Dlaczego mam wierzyć interpretacji tego akurat kościoła?
K.: Dlatego, że jest on prawdziwym kościołem Jezusa Chrystusa.
P.: Ale poczekaj. Właśnie chcemy to sprawdzić. Dlatego właśnie spytałem ciebie, w jaki sposób mamy to zrobić. Czyż nie powiedziałeś, że powinniśmy skierować się do Pisma (całkiem słusznie) i wskazałeś na urywek, w którym to Chrystus według ciebie powierzył władzę w kościele Piotrowi?
K.: Tak powiedziałem.
P.: Skąd wiesz, że twoja interpretacja tego wersetu (że odnosi się on do papiestwa) jest właściwa?
K.: Myślę, że to jest oczywiste.
P.: Widzisz zatem, że jest to twoja opinia. Każdą naszą opinię można zaklasyfikować jako subiektywną (naszą), zarówno kiedy ja wyjaśniam ci jakiś urywek z Pisma, jak i wówczas, kiedy ty twierdzisz, że kościół rzymskokatolicki jest jedynym kościołem Jezusa Chrystusa. To są nasze opinie, mamy jednak obiektywny standard (Biblię), według którego powinniśmy rozsądzać wszelkie spory. Wiele urywków jest zupełnie jasnych, zaś o trudniejszych powinniśmy rozmawiać z Biblią w ręku. Biblia mówi o sobie, że jest niczym miecz obosieczny osądzający nasze myśli i ona jest w stanie pokazać nam, kto z nas ma rację. Bóg dał nam Biblię napisaną zrozumiałym językiem, nie po to, byśmy domyślali się, co On chciał nam zakomunikować, ale byśmy to wyraźnie widzieli.
K.: Hm... Ciekawe stwierdzenia.
P.: Dlatego nie ma wymówki dla ludzi, którzy obowiązek porównywania i rozsądzania wszelkich kontrowersji według Pisma zrzucają na tzw. duchowieństwo lub kler, gdyż powinni dać nam biblijne podstawy do takiego postępowania. Ale kiedy zaczną nam tłumaczyć za pomocą Biblii, dlaczego to robią, zauważ, że to oni zaczynają interpretować Pismo. Bóg tak skonstruował ten świat, że nie ma ucieczki od praw logiki ani od subiektywizmu opinii. Co oczywiście nie znaczy, że nie możemy obiektywnie, czyli za Bogiem, poznać rzeczywistości. Dopóki mamy Biblię w dłoniach, jesteśmy w stanie to uczynić.
K.: Pomyślę nad tym. Dzięki za twoje spostrzeżenia.
P.: Bez względu na to, czy się ze mną zgodzisz czy też nie, będzie to twoja ocena. O jej prawdziwości decydować będzie zgodność z nauczaniem Pisma Świętego.
Maryja - Marek Kmieć
Jakiś czas temu jeden z pastorów w kazaniu, które notabene było transmitowane na całą Polskę, powiedział, że protestanci nie mają nic przeciwko Maryi, lecz podobnie jak katolicy otaczają ją głębokim szacunkiem. Wydaje się jednak, że zaszło tutaj pewne podstawowe nieporozumienie. Czy rzeczywiście Maryja (czy: Maria) katolicyzmu ma coś wspólnego z Marią, o której mówi Biblia - poza zbieżnością imion?
Ktoś kto tylko pobieżnie otarł się o polski katolicyzm wie, że maj jest miesiącem Maryji. To właśnie w tym miesiącu przypada święto Maryji Królowej Polski, jak i codziennie odprawiana jest tzw. "majówka", podczas której wyśpiewuje się tytuły Maryji jak np. "ucieczko grzesznych" czy "Królowo apostołów". Nie trzeba dodawać, że nasz naród, ustawicznie zachęcany przez papieża, jest w szczególny sposób oddany Maryji. Zwykłą nieprawdą jest opinia wyrażana przez wielu protestantów, a nawet przez apologetów katolickich, iż cześć jaką otaczana jest Maryja w naszym kraju stanowi jedynie aspekt "religijności ludowej" - w przeciwieństwie do oficjalnego stanowiska Rzymu. Papież jak i oficjalne publikacje wyjaśniają i zachęcają do objawów takiej właśnie religijności.
Kim więc jest Maryja w Kościele Katolickim? Maryja katolicyzmu to nic innego jak tylko wszechobecne, bezgrzeszne bóstwo, które posiada potężną władzę, któremu oddaje się cześć, i którego różne wizerunki i figurki otacza się uwielbieniem.
Maryja w praktyce katolicyzmu to ktoś, kto jest o wiele bardziej pełen miłości niż Bóg, który jest srogi i nieprzystępny. Pozwólcie, że zacytuję coś z jednej z setek książek, którymi karmi się ludzi w Kościele Rzymskim: "Wielką przyjemność sprawia Jezusowi, jeśli idziemy do Niego przez Jego Matkę, tak jak każdemu ojcu sprawia przyjemność, gdy jego dziecko dociera do niego poprzez matkę. (...) Gdy bardzo czegoś chcecie, coś zawsze mówi wam, abyście poszli do mamy!" (Louis Kaczmarek, Maryja i moc Bożej miłości, s. 74, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, zatwierdz. przez kościół 30.iv.1996 r., nr 659/K/96).
Jak już wspomniałem, Maryja katolicyzmu posiada również ogromną władzę: "Maryja daje łaski Ojca Przedwiecznego, cnoty Jezusa Chrystusa oraz dary Ducha Świętego temu, komu zechce, w sposób, w jaki zechce i tyle, ile zechce" (tamże, s. 77); oraz: "Kiedy Matka Boża trzymała Dzieciątko Jezus w swych ramionach, była jedyną osobą, która spoglądała na niebo z góry" (tamże, s. 43); oraz: "osoba, która bierze różaniec do ręki, ma większą władzę niż prezydent Stanów Zjednoczonych" (tamże, s. 90).
Wreszcie Maria katolicyzmu odbiera cześć bogini. Wyniesiony na ołtarze o. Maksymilian Kolbe napisał: "Pozwól mi przyczynić się do Twego wyniesienia, do twego najwyższego wyniesienia. Pozwól, aby inni przewyższyli mój zapał w chwaleniu Ciebie, o Maryjo, tak, aby przez to święte współzawodnictwo Twa chwała rosła szybciej," (tamże, s. 80). Obecny papież, Jan Paweł II, stwierdził, że dokonała się w nim ogromna przemiana duchowa w momencie, kiedy zrozumiał, że "to nie tylko Maryja prowadzi ludzi do Jezusa, ale również Jezus prowadzi ludzi do Maryji". Następnie dał wyraz swojego pełnego poświęcenia Maryji obierając za motto swojego pontyfikatu totus tuus - "cały twój". Papież zdecydowanie potwierdził to oddanie Maryji w zeszłym roku podczas wizyty w Kalwarii Zebrzydowskiej. Co więcej, papież nie waha się używać słownictwa w odniesieniu do Maryji, które prawowicie odnosi się tylko do Boga: "Przez tajemnicę Chrystusa także Ona jest obecna wśród ludzi. Poprzez Syna rozjaśnia się także tajemnica Matki" (Jan Paweł II, encyklika: Redemtoris Mater, s.37; podkreślenie autora).
Co więcej, według papieża cytującego postanowienia Soboru Watykańskiego II, Maryja pełni bardzo istotną rolę w dziele zbawienia: "[Maryja] staje się matką: rodzi bowiem do nowego i nieśmiertelnego życia synów z Ducha Świętego poczętych i z Boga zrodzonych" (tamże, s. 10). Przykłady można mnożyć.
Maria, o której mówi Pismo Święte, nie ma nic wspólnego z katolicką Maryją. Matka Jezusa była pobożną kobietą, która zaufała Bogu, pomimo narażenia na zniesławienie. Dlatego jest ona dla nas przykładem wiary – jak wielu, którzy biegli przed nią i po niej (Łuk. 1:48; Jak. 5:11). Maria żyła, wypełniła Boży plan na swoje życie i umarła. Ani nie była bez grzechu, ani nie została wzięta z ciałem do nieba. Jakiekolwiek więc próby udawania się do niej są nie tylko bezsensowne, ale i grzeszne.
Wracając do wyżej wspomnianego pastora, oczywiście rozumiem chęć szukania porozumienia z jego strony. Szkoda jednak, że nie szukał go tam, gdzie powinien - w odwołaniu do Słowa, zamiast w jakoby podzielanym przez wszystkich szacunku do Marii. Maryja katolicyzmu jest kimś radykalnie różnym od Marii Biblii, dlatego nie może być mowy o jakiejś wspólnej "Marii", którą zarówno katolicy jak i protestanci darzą szacunkiem.
Ktoś kto tylko pobieżnie otarł się o polski katolicyzm wie, że maj jest miesiącem Maryji. To właśnie w tym miesiącu przypada święto Maryji Królowej Polski, jak i codziennie odprawiana jest tzw. "majówka", podczas której wyśpiewuje się tytuły Maryji jak np. "ucieczko grzesznych" czy "Królowo apostołów". Nie trzeba dodawać, że nasz naród, ustawicznie zachęcany przez papieża, jest w szczególny sposób oddany Maryji. Zwykłą nieprawdą jest opinia wyrażana przez wielu protestantów, a nawet przez apologetów katolickich, iż cześć jaką otaczana jest Maryja w naszym kraju stanowi jedynie aspekt "religijności ludowej" - w przeciwieństwie do oficjalnego stanowiska Rzymu. Papież jak i oficjalne publikacje wyjaśniają i zachęcają do objawów takiej właśnie religijności.
Kim więc jest Maryja w Kościele Katolickim? Maryja katolicyzmu to nic innego jak tylko wszechobecne, bezgrzeszne bóstwo, które posiada potężną władzę, któremu oddaje się cześć, i którego różne wizerunki i figurki otacza się uwielbieniem.
Maryja w praktyce katolicyzmu to ktoś, kto jest o wiele bardziej pełen miłości niż Bóg, który jest srogi i nieprzystępny. Pozwólcie, że zacytuję coś z jednej z setek książek, którymi karmi się ludzi w Kościele Rzymskim: "Wielką przyjemność sprawia Jezusowi, jeśli idziemy do Niego przez Jego Matkę, tak jak każdemu ojcu sprawia przyjemność, gdy jego dziecko dociera do niego poprzez matkę. (...) Gdy bardzo czegoś chcecie, coś zawsze mówi wam, abyście poszli do mamy!" (Louis Kaczmarek, Maryja i moc Bożej miłości, s. 74, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, zatwierdz. przez kościół 30.iv.1996 r., nr 659/K/96).
Jak już wspomniałem, Maryja katolicyzmu posiada również ogromną władzę: "Maryja daje łaski Ojca Przedwiecznego, cnoty Jezusa Chrystusa oraz dary Ducha Świętego temu, komu zechce, w sposób, w jaki zechce i tyle, ile zechce" (tamże, s. 77); oraz: "Kiedy Matka Boża trzymała Dzieciątko Jezus w swych ramionach, była jedyną osobą, która spoglądała na niebo z góry" (tamże, s. 43); oraz: "osoba, która bierze różaniec do ręki, ma większą władzę niż prezydent Stanów Zjednoczonych" (tamże, s. 90).
Wreszcie Maria katolicyzmu odbiera cześć bogini. Wyniesiony na ołtarze o. Maksymilian Kolbe napisał: "Pozwól mi przyczynić się do Twego wyniesienia, do twego najwyższego wyniesienia. Pozwól, aby inni przewyższyli mój zapał w chwaleniu Ciebie, o Maryjo, tak, aby przez to święte współzawodnictwo Twa chwała rosła szybciej," (tamże, s. 80). Obecny papież, Jan Paweł II, stwierdził, że dokonała się w nim ogromna przemiana duchowa w momencie, kiedy zrozumiał, że "to nie tylko Maryja prowadzi ludzi do Jezusa, ale również Jezus prowadzi ludzi do Maryji". Następnie dał wyraz swojego pełnego poświęcenia Maryji obierając za motto swojego pontyfikatu totus tuus - "cały twój". Papież zdecydowanie potwierdził to oddanie Maryji w zeszłym roku podczas wizyty w Kalwarii Zebrzydowskiej. Co więcej, papież nie waha się używać słownictwa w odniesieniu do Maryji, które prawowicie odnosi się tylko do Boga: "Przez tajemnicę Chrystusa także Ona jest obecna wśród ludzi. Poprzez Syna rozjaśnia się także tajemnica Matki" (Jan Paweł II, encyklika: Redemtoris Mater, s.37; podkreślenie autora).
Co więcej, według papieża cytującego postanowienia Soboru Watykańskiego II, Maryja pełni bardzo istotną rolę w dziele zbawienia: "[Maryja] staje się matką: rodzi bowiem do nowego i nieśmiertelnego życia synów z Ducha Świętego poczętych i z Boga zrodzonych" (tamże, s. 10). Przykłady można mnożyć.
Maria, o której mówi Pismo Święte, nie ma nic wspólnego z katolicką Maryją. Matka Jezusa była pobożną kobietą, która zaufała Bogu, pomimo narażenia na zniesławienie. Dlatego jest ona dla nas przykładem wiary – jak wielu, którzy biegli przed nią i po niej (Łuk. 1:48; Jak. 5:11). Maria żyła, wypełniła Boży plan na swoje życie i umarła. Ani nie była bez grzechu, ani nie została wzięta z ciałem do nieba. Jakiekolwiek więc próby udawania się do niej są nie tylko bezsensowne, ale i grzeszne.
Wracając do wyżej wspomnianego pastora, oczywiście rozumiem chęć szukania porozumienia z jego strony. Szkoda jednak, że nie szukał go tam, gdzie powinien - w odwołaniu do Słowa, zamiast w jakoby podzielanym przez wszystkich szacunku do Marii. Maryja katolicyzmu jest kimś radykalnie różnym od Marii Biblii, dlatego nie może być mowy o jakiejś wspólnej "Marii", którą zarówno katolicy jak i protestanci darzą szacunkiem.
piątek, 12 września 2008
Nieomylny List do omylnego - Paweł Bartosik
Czy Kościół jest bezbłędny?
Biblia uczy, że poszczególne Kościoły lokalne czyli gałęzie Kościoła Powszechnego mogą zostać poruszone i osądzone. Po Kościele w Efezie, do którego Chrystus kierował swoje słowa w Księdze Objawienia (Obj 2,1) nie ma dziś śladu poza ruinami i zwiedzającymi turystami. W przeciwieństwie do tego wg katolickiej teologii Kościół Rzymskokatolicki nie podlega możliwości popełnienia błędów doktrynalnych ani możliwości apostazji. Tak długo jak parafia podlega strukturalnie biskupowi Rzymskiemu niemożliwością jest by popadła ona w odstępstwo i została „wypluta z ust Chrystusa” (Obj 3,16).
Oczywiście to założenie ma ogromne konsekwencje ponieważ jeśli niemożliwością jest by Kościół Katolicki zbłądził to daremne i bezużyteczne są debaty i dyskusje mające na celu wskazanie błędów rzymskokatolickiej teologii. Takie błędy najzwyczajniej nie mogą mieć miejsca. Poddawanie krytyce lub wątpliwościom jakąkolwiek praktykę i doktrynę uznaną oficjalnie przez Kościół Rzymskokatolicki jest niedopuszczalne i odszczepieńcze.
Zatem założenie o własnej bezbłędności jest fundamentem teologii tego Kościoła. Jeśli poruszymy to, poruszymy wszystko. Cała budowla nagle zacznie się trząść i chwiać. Jeśli powyższe założenie nie jest prawdziwe – cały rzymskokatolicki system teologiczny staje nagle na kruchym fundamencie.
Do kogo jest pisana Biblia?
Ważne abyśmy zauważyli, że Słowo Boże nie spadło do nas z nieba i nie jest listem skierowanym oddzielnie do każdego z nas. Pierwsi chrześcijanie nie mieli kopii Biblii w swoich domach i lepiej rozumieli, co to znaczy, że Pismo Św. jest dokumentem przymierza odczytywanym w kontekście zgromadzeń Kościoła. Oczywiście my jako jednostki będące częścią owego Kościoła karmimy się treścią Biblii. Musimy jednak pamiętać, że Bóg związał się przymierzem z Ludem (Oblubienicą). Nie wolno nam również zapominać, że Słowo przyszło najpierw do tych, którzy je słyszeli (bezpośrednich adresatów), a następnie dotyczy całego Kościoła Powszechnego. Nie jest bezpośrednio pisane do każdego z chrześcijan indywidualnie.
Jeśli Bóg powiedział Jeremiaszowi, że nie pojmie sobie żony, nie będzie miał synów ani córek (Jer 16,1) to te słowa dotyczą Jeremiasza. Jeśli założę, że zostały one napisane do mnie będę narażony na niebezpieczeństwo podjęcia wielu niewłaściwych decyzji, które będą rzutować na całość mojego życia. Owszem, te słowa zostały napisane dla mnie, lecz nie są skierowane do mnie. Różnica jest kluczowa. Pismo Św. jest Słowem Bożym skierowanym dla całego Kościoła, jednak Kościół powinien brać pod uwagę kontekst i pierwotnych adresatów wypowiedzi natchnionych pisarzy.
Ma to istotne zastosowanie kiedy rozważymy list skierowany do Kościoła w Rzymie.
List, który w obszerny sposób mówi o miejscu w przymierzu chrześcijan będących w rzymskim Kościele. Można powiedzieć, że w szczególny sposób należy on do Watykańskiej biblioteki (oraz wszystkich chrześcijan w dzisiejszym Rzymie), jako spadkobierców Kościoła w tym mieście. W pewnym sensie ten list jest ostrzeżeniem i świadectwem skierowanym przeciwko Watykanowi. Powodem na to jest fakt, że w wielu aspektach obecny Kościół w Rzymie (Watykanie) zaprzecza doktrynom, których nieomylny List do Rzymian naucza, aby o nich nigdy nie zapomniał.
List do Rzymian
Ap. Paweł zwraca się do nawróconych rzymskich pogan, mówiąc, że Bóg wszczepił ich do przymierza w miejsce odciętych gałązek naturalnych – Żydów (Rzym 11,17-18). Dodaje jednak by z tego powodu nie wynosili się ponieważ Bóg może to samo uczynić z nimi (Rzym 11,20-22).
Bóg ostrzega ich przed pychą jaka była udziałem Żydów, którzy mniemali, że niemożliwością jest by oni mogli być odsunięci od przymierza. Mówili o sobie: „jesteśmy synami Abrahama”. Pokusa tego typu samozapewnienia była silna ponieważ rzeczywiście Żydzi odziedziczyli długą i bogatą tradycję wyrosłą z czasów Abrahama. Jednak biblijną odpowiedzią na tego typu grzeszne zapewnienia było iż „Bóg może z tych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi” (Mt 3,9).
Abraham otrzymał obietnicę ok. dwa tysiące lat przed swoimi potomkami, którzy zostali odcięci. Był to bardzo dług okres by zbudować przymierzową arogancję, pewność co do swojej niezachwianej i niezagrożonej pozycji względem Boga. W Liście do Rzymian Ap. Paweł ostrzega wierzących przed upadkiem w ten sam grzech. Apostoł najwidoczniej dostrzegał powody by owe ostrzeżenia przekazać rzymskim chrześcijanom. Rzym był wielkim imperium i jedną z najbardziej naturalnych pokus zamieszkujących go chrześcijan było myślenie, że Kościół w tym mieście ma pierwszeństwo i bardziej poczesne miejsce aniżeli np. Kościół w Smyrnie. Można by dodać, że znając ludzką skłonność do pychy i chęć władzy – ostrzeżenie Ap. Pawła do Kościoła w Rzymie staje się jeszcze bardziej stosowne z upływem czasu. Warto je przypomnieć (podkreślenia moje):
Rzymian 11:13-22
13. Do was zaś, którzy jesteście z pogan, mówię: Skoro już jestem apostołem pogan, służbę moją chlubnie wykonuję;
14. Może w ten sposób pobudzę do zawiści rodaków moich i zbawię niektórych z nich.
15. Jeśli bowiem odrzucenie ich jest pojednaniem świata, to czym będzie przyjęcie ich, jeśli nie powstaniem do życia z martwych?
16. A jeśli zaczyn jest święty, to i ciasto; a jeśli korzeń jest święty, to i gałęzie.
17. Jeśli zaś niektóre z gałęzi zostały odłamane, a ty, będąc gałązką z dzikiego drzewa oliwnego, zostałeś na ich miejsce wszczepiony i stałeś się uczestnikiem korzenia i tłuszczu oliwnego,
18. To nie wynoś się nad gałęzie; a jeśli się chełpisz, to pamiętaj, że nie ty dźwigasz korzeń, lecz korzeń ciebie.
19. Powiesz tedy: Odłamane zostały gałęzie, abym ja był wszczepiony.
20. Słusznie! Odłamane zostały z powodu niewiary, ty zaś trwasz dzięki wierze; nie wzbijaj się w pychę, ale się strzeż.
21. Jeśli bowiem Bóg nie oszczędził gałęzi naturalnych, nie oszczędzi też ciebie.
22. Zważ tedy na dobrotliwość i surowość Bożą - surowość dla tych, którzy upadli, a dobrotliwość Bożą względem ciebie, o ile wytrwasz w dobroci, bo inaczej i ty będziesz odcięty.
Nie ty dźwigasz korzeń, lecz korzeń ciebie
Apostoł pogan napisał list do jednego z największych i najbardziej wiodących Kościołów w pogańskim świecie. W swoim liście mówi do owego Kościoła aby nie wynosił się nad Żydów, którzy zostali ekskomunikowani. Przypomina Kościołowi w Rzymie, że nie jest korzeniem, ani, że nie dźwiga korzenia. Raczej korzeń dźwiga Kościół. Paweł przypomina, że Żydzi zostali odcięci z powodu niewiary i jedynym powodem dla którego Kościół w Rzymie jest częścią drzewa oliwnego (przymierza) jest wiara. Ów Kościół stoi dzięki wierze, lecz może upaść jeśli ową wiarę zniekształci i popadnie w pychę. Zagrożenie i ostrzeżenie jest więc jak najbardziej realne, nie zaś hipotetyczne. Ap. Paweł stanowczo ostrzega adresatów, że zamiast pysznić się swoim statusem w przymierzu powinni drżeć. Jeśli Bóg nie oszczędził gałęzi naturalnych (Żydów) dlaczego miałby zaniechać odcięcia rzymskich pogan, którzy dołączyli do przymierza dwa tysiące lat później? Zauważmy, że właśnie ten Kościół miał szczególny problem z pychą i z przekonaniem o własnej wyjątkowości. Do żadnej innej wspólnoty chrześcijan Ap. Paweł nie kieruje tego typu ostrzeżeń. Spośród wszystkich Kościołów, do których pisał listy jedynie rzymski został ostrzeżony aby się nie wynosił ponad innych bo inaczej będzie odcięty tak samo jak pyszniący się własnym pochodzeniem i tradycją Żydzi. Oczywiście słowa Pawła dotyczą każdego Kościoła i są w równym stopniu poważnym ostrzeżeniem dla Kościołów Protestanckich. Także i one nie są wolne od zagrożeń, o których pisał Apostoł.
Poszczególne gałązki należące do drzewa oliwnego (pojedynczy chrześcijanie oraz Kościoły) nie powinny zapominać, że Boża chwała manifestuje się nie poprzez stanowcze i pewne siebie stwierdzenia wypowiadane mocą własnego autorytetu. Nie przychodzi poprzez przekonanie o własnej nieomylności, lecz poprzez uniżenie, wierną i wytrwałą służbę względem bliźnich oraz uległość wobec słów Pisma Św. Taki był Chrystus (Mt 20,25-28).
Dobrze rozumiał to Klemens Rzymski, który będąc biskupem Rzymu w latach 92-101 był pełnym pokory uczniem Jezusa i godnym naśladowania wzorem dla współczesnego Kościoła w Rzymie. Właśnie ten Kościół, jako pierwotny adresat nieomylnego Listu, powinien w szczególny sposób wziąć sobie do serca słowa Ap. Pawła: „pamiętaj, że nie ty dźwigasz korzeń, lecz korzeń ciebie (...) nie wzbijaj się w pychę, ale się strzeż. Jeśli bowiem Bóg nie oszczędził gałęzi naturalnych, nie oszczędzi też ciebie. Zważ tedy na dobrotliwość i surowość Bożą - surowość dla tych, którzy upadli, a dobrotliwość Bożą względem ciebie, o ile wytrwasz w dobroci, bo inaczej i ty będziesz odcięty” (Rzym 11,18-22).
Biblia uczy, że poszczególne Kościoły lokalne czyli gałęzie Kościoła Powszechnego mogą zostać poruszone i osądzone. Po Kościele w Efezie, do którego Chrystus kierował swoje słowa w Księdze Objawienia (Obj 2,1) nie ma dziś śladu poza ruinami i zwiedzającymi turystami. W przeciwieństwie do tego wg katolickiej teologii Kościół Rzymskokatolicki nie podlega możliwości popełnienia błędów doktrynalnych ani możliwości apostazji. Tak długo jak parafia podlega strukturalnie biskupowi Rzymskiemu niemożliwością jest by popadła ona w odstępstwo i została „wypluta z ust Chrystusa” (Obj 3,16).
Oczywiście to założenie ma ogromne konsekwencje ponieważ jeśli niemożliwością jest by Kościół Katolicki zbłądził to daremne i bezużyteczne są debaty i dyskusje mające na celu wskazanie błędów rzymskokatolickiej teologii. Takie błędy najzwyczajniej nie mogą mieć miejsca. Poddawanie krytyce lub wątpliwościom jakąkolwiek praktykę i doktrynę uznaną oficjalnie przez Kościół Rzymskokatolicki jest niedopuszczalne i odszczepieńcze.
Zatem założenie o własnej bezbłędności jest fundamentem teologii tego Kościoła. Jeśli poruszymy to, poruszymy wszystko. Cała budowla nagle zacznie się trząść i chwiać. Jeśli powyższe założenie nie jest prawdziwe – cały rzymskokatolicki system teologiczny staje nagle na kruchym fundamencie.
Do kogo jest pisana Biblia?
Ważne abyśmy zauważyli, że Słowo Boże nie spadło do nas z nieba i nie jest listem skierowanym oddzielnie do każdego z nas. Pierwsi chrześcijanie nie mieli kopii Biblii w swoich domach i lepiej rozumieli, co to znaczy, że Pismo Św. jest dokumentem przymierza odczytywanym w kontekście zgromadzeń Kościoła. Oczywiście my jako jednostki będące częścią owego Kościoła karmimy się treścią Biblii. Musimy jednak pamiętać, że Bóg związał się przymierzem z Ludem (Oblubienicą). Nie wolno nam również zapominać, że Słowo przyszło najpierw do tych, którzy je słyszeli (bezpośrednich adresatów), a następnie dotyczy całego Kościoła Powszechnego. Nie jest bezpośrednio pisane do każdego z chrześcijan indywidualnie.
Jeśli Bóg powiedział Jeremiaszowi, że nie pojmie sobie żony, nie będzie miał synów ani córek (Jer 16,1) to te słowa dotyczą Jeremiasza. Jeśli założę, że zostały one napisane do mnie będę narażony na niebezpieczeństwo podjęcia wielu niewłaściwych decyzji, które będą rzutować na całość mojego życia. Owszem, te słowa zostały napisane dla mnie, lecz nie są skierowane do mnie. Różnica jest kluczowa. Pismo Św. jest Słowem Bożym skierowanym dla całego Kościoła, jednak Kościół powinien brać pod uwagę kontekst i pierwotnych adresatów wypowiedzi natchnionych pisarzy.
Ma to istotne zastosowanie kiedy rozważymy list skierowany do Kościoła w Rzymie.
List, który w obszerny sposób mówi o miejscu w przymierzu chrześcijan będących w rzymskim Kościele. Można powiedzieć, że w szczególny sposób należy on do Watykańskiej biblioteki (oraz wszystkich chrześcijan w dzisiejszym Rzymie), jako spadkobierców Kościoła w tym mieście. W pewnym sensie ten list jest ostrzeżeniem i świadectwem skierowanym przeciwko Watykanowi. Powodem na to jest fakt, że w wielu aspektach obecny Kościół w Rzymie (Watykanie) zaprzecza doktrynom, których nieomylny List do Rzymian naucza, aby o nich nigdy nie zapomniał.
List do Rzymian
Ap. Paweł zwraca się do nawróconych rzymskich pogan, mówiąc, że Bóg wszczepił ich do przymierza w miejsce odciętych gałązek naturalnych – Żydów (Rzym 11,17-18). Dodaje jednak by z tego powodu nie wynosili się ponieważ Bóg może to samo uczynić z nimi (Rzym 11,20-22).
Bóg ostrzega ich przed pychą jaka była udziałem Żydów, którzy mniemali, że niemożliwością jest by oni mogli być odsunięci od przymierza. Mówili o sobie: „jesteśmy synami Abrahama”. Pokusa tego typu samozapewnienia była silna ponieważ rzeczywiście Żydzi odziedziczyli długą i bogatą tradycję wyrosłą z czasów Abrahama. Jednak biblijną odpowiedzią na tego typu grzeszne zapewnienia było iż „Bóg może z tych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi” (Mt 3,9).
Abraham otrzymał obietnicę ok. dwa tysiące lat przed swoimi potomkami, którzy zostali odcięci. Był to bardzo dług okres by zbudować przymierzową arogancję, pewność co do swojej niezachwianej i niezagrożonej pozycji względem Boga. W Liście do Rzymian Ap. Paweł ostrzega wierzących przed upadkiem w ten sam grzech. Apostoł najwidoczniej dostrzegał powody by owe ostrzeżenia przekazać rzymskim chrześcijanom. Rzym był wielkim imperium i jedną z najbardziej naturalnych pokus zamieszkujących go chrześcijan było myślenie, że Kościół w tym mieście ma pierwszeństwo i bardziej poczesne miejsce aniżeli np. Kościół w Smyrnie. Można by dodać, że znając ludzką skłonność do pychy i chęć władzy – ostrzeżenie Ap. Pawła do Kościoła w Rzymie staje się jeszcze bardziej stosowne z upływem czasu. Warto je przypomnieć (podkreślenia moje):
Rzymian 11:13-22
13. Do was zaś, którzy jesteście z pogan, mówię: Skoro już jestem apostołem pogan, służbę moją chlubnie wykonuję;
14. Może w ten sposób pobudzę do zawiści rodaków moich i zbawię niektórych z nich.
15. Jeśli bowiem odrzucenie ich jest pojednaniem świata, to czym będzie przyjęcie ich, jeśli nie powstaniem do życia z martwych?
16. A jeśli zaczyn jest święty, to i ciasto; a jeśli korzeń jest święty, to i gałęzie.
17. Jeśli zaś niektóre z gałęzi zostały odłamane, a ty, będąc gałązką z dzikiego drzewa oliwnego, zostałeś na ich miejsce wszczepiony i stałeś się uczestnikiem korzenia i tłuszczu oliwnego,
18. To nie wynoś się nad gałęzie; a jeśli się chełpisz, to pamiętaj, że nie ty dźwigasz korzeń, lecz korzeń ciebie.
19. Powiesz tedy: Odłamane zostały gałęzie, abym ja był wszczepiony.
20. Słusznie! Odłamane zostały z powodu niewiary, ty zaś trwasz dzięki wierze; nie wzbijaj się w pychę, ale się strzeż.
21. Jeśli bowiem Bóg nie oszczędził gałęzi naturalnych, nie oszczędzi też ciebie.
22. Zważ tedy na dobrotliwość i surowość Bożą - surowość dla tych, którzy upadli, a dobrotliwość Bożą względem ciebie, o ile wytrwasz w dobroci, bo inaczej i ty będziesz odcięty.
Nie ty dźwigasz korzeń, lecz korzeń ciebie
Apostoł pogan napisał list do jednego z największych i najbardziej wiodących Kościołów w pogańskim świecie. W swoim liście mówi do owego Kościoła aby nie wynosił się nad Żydów, którzy zostali ekskomunikowani. Przypomina Kościołowi w Rzymie, że nie jest korzeniem, ani, że nie dźwiga korzenia. Raczej korzeń dźwiga Kościół. Paweł przypomina, że Żydzi zostali odcięci z powodu niewiary i jedynym powodem dla którego Kościół w Rzymie jest częścią drzewa oliwnego (przymierza) jest wiara. Ów Kościół stoi dzięki wierze, lecz może upaść jeśli ową wiarę zniekształci i popadnie w pychę. Zagrożenie i ostrzeżenie jest więc jak najbardziej realne, nie zaś hipotetyczne. Ap. Paweł stanowczo ostrzega adresatów, że zamiast pysznić się swoim statusem w przymierzu powinni drżeć. Jeśli Bóg nie oszczędził gałęzi naturalnych (Żydów) dlaczego miałby zaniechać odcięcia rzymskich pogan, którzy dołączyli do przymierza dwa tysiące lat później? Zauważmy, że właśnie ten Kościół miał szczególny problem z pychą i z przekonaniem o własnej wyjątkowości. Do żadnej innej wspólnoty chrześcijan Ap. Paweł nie kieruje tego typu ostrzeżeń. Spośród wszystkich Kościołów, do których pisał listy jedynie rzymski został ostrzeżony aby się nie wynosił ponad innych bo inaczej będzie odcięty tak samo jak pyszniący się własnym pochodzeniem i tradycją Żydzi. Oczywiście słowa Pawła dotyczą każdego Kościoła i są w równym stopniu poważnym ostrzeżeniem dla Kościołów Protestanckich. Także i one nie są wolne od zagrożeń, o których pisał Apostoł.
Poszczególne gałązki należące do drzewa oliwnego (pojedynczy chrześcijanie oraz Kościoły) nie powinny zapominać, że Boża chwała manifestuje się nie poprzez stanowcze i pewne siebie stwierdzenia wypowiadane mocą własnego autorytetu. Nie przychodzi poprzez przekonanie o własnej nieomylności, lecz poprzez uniżenie, wierną i wytrwałą służbę względem bliźnich oraz uległość wobec słów Pisma Św. Taki był Chrystus (Mt 20,25-28).
Dobrze rozumiał to Klemens Rzymski, który będąc biskupem Rzymu w latach 92-101 był pełnym pokory uczniem Jezusa i godnym naśladowania wzorem dla współczesnego Kościoła w Rzymie. Właśnie ten Kościół, jako pierwotny adresat nieomylnego Listu, powinien w szczególny sposób wziąć sobie do serca słowa Ap. Pawła: „pamiętaj, że nie ty dźwigasz korzeń, lecz korzeń ciebie (...) nie wzbijaj się w pychę, ale się strzeż. Jeśli bowiem Bóg nie oszczędził gałęzi naturalnych, nie oszczędzi też ciebie. Zważ tedy na dobrotliwość i surowość Bożą - surowość dla tych, którzy upadli, a dobrotliwość Bożą względem ciebie, o ile wytrwasz w dobroci, bo inaczej i ty będziesz odcięty” (Rzym 11,18-22).
Subskrybuj:
Posty (Atom)